środa, 28 grudnia 2022
Szczęśliwego, skromnego Roku
niedziela, 19 czerwca 2022
Szpital na dyskopatiach
Zgłosiłem się na Szpitalny Oddział Ratunkowy - pisany Wielką Literą, bo to bardzo ważne miejsce jest. Zapewne. Bo czekanie na klatce schodowej, aż wpuszczą, jakoś z pozoru tę wartość pomniejsza. Za to już na tej samej klatce wypełnia się oświadczenie, że się człowiek zgadza na wszystko, wszystko otrzymał, choć tak naprawdę otrzymał podkładkę do papieru i długopis. I świadomość, że zaraz mu to wszystko zabiorą. Po nieważnym czasie oczekiwania na krzesełku, tuż przy schodach i oglądaniu tych, którzy się na krzesełko nie załapali i siedzieli na schodach, wpuszczono mnie do środka. Tam przemiła pani pobrała hektolitr krwi. I prosiła by usiąść i czekać. I nie czuć się wyróżnionym, bo wszyscy czekają. Niektórzy stękając sobie cicho w bólu. Patrzę na monitor na korytarzu. Wyświetla numerki. Domyślam się, że jestem jednym z nich. Do tego widnieje tam informacja, że mam przecież bilet i mogę sobie sprawdzić. Ale nie napisano co i po co, za to jak byk napisano, że czas oczekiwania dla wszystkich to siedem minut. A… może gdybym miał bilet, sprawdziłbym, które to już siedem minut czekam. Tyle, że żadnego biletu nie dostałem. Może ustny, ale on nie zawierał numerka, tylko komendę: czekać. Wchodzi Pani, która też ma czekać, ale z rozbrajającą szczerością oznajmia: „nie mam gdzie”. Faktycznie, nie ma, bo wszystkie krzesełka już zajęte. Wreszcie i dla mnie zaczyna się ruch w interesie. Na początek trzeba siku zrobić do kubeczka. Pani nie powiedziała, gdzie mam to zrobić, gdzie tu w ogóle jest toaleta. Ale na szczęście człowiek w potrzebie jest w stanie sobie pomóc. Jest i siku. I czekamy. Aż wreszcie jest! Badanie tomografem. I czekanie. I informacja, że czekanie się opłaciło, bo i tak zostaję w szpitalu. A jeśli ktoś myśli, że teraz się szybko sprawy potoczą, to się myli. Najpierw informacja, że piżamek nie mają. To znaczy mają, ale papierowe. Przyjmuję. Góra trochę ciasna, oj, przepraszam, po prostu dopasowana. Za to dół całkiem luźny. Zbyt całkiem, na szczęście jest sznurek, którym można dopasować się w tak zwanym pasie. Pociągnąłem za sznurek i… urwałem go od razu. Klops, bo z pewnością jedną rękę mam już od tej pory zajętą. No chyba, że poćwiczę kroki ze spodniami w kolanach. Wędrujemy w tym stroju na oddział. Korytarze, zaułki, skręt w prawo, w lewo, winda, znowu skręty. I nie wiem gdzie jestem, oprócz tego, że przed drzwiami na oddział chirurgii. Welcome. A gdyby mi przyszło myśleć o ucieczce, to już następna myśl o tym, dokąd mam uciekać, by trafić do wyjścia, skutecznie zabije tę pierwszą. Wskazano mi krzesełko i… kazano czekać. Nie było jednak tak nudno jak na SOR-ze, bo co i rusz ktoś zadawał mi te same pytania. Na co jestem uczulony i czy piję. I oto jest! Moje miejsce! Moje gniazdko! Na korytarzu co prawda, ale przy parapecie, za którym rozciąga się widok na choinkę i komin. Skupię się na choince. Miejscówka na dodatek z perspektywami, bo z drugiej strony widok na otwarte drzwi sali damskiej. Nie będę peszyć pań, w okno się pogapię. I tak sobie myślę, słuchając wieczornego (bo w międzyczasie fiku-miku, zrobił się wieczór) ruchu na oddziale, że teraz wreszcie sobie odeśpię. I to będzie pierwsza rzecz, bo jestem obolały, wymęczony i trochę oszołomiony. Było to jednakże jedno z najbardziej pustych i durnych postanowień w moim życiu. Leżenie przy drzwiach, które wszyscy otwierają, ale nikt ich samodzielnie nie zamyka ma tę zaletę, że człowiek po zmierzeniu czasu między ich otwarciem, a trzaskiem samozamykania jest w stanie określić siłę, z jaką zostały otwarte. Ale spać to raczej nie jest w stanie. Na dodatek ludzie się kręcą, ciągle coś gdzieś z głuchym łoskotem uderza o coś innego, a na suficie przyjaźnie uśmiecha się lampa, wysyłając do mnie zalotnie miliony lumenów. Poznaję też rozkład dnia, a w zasadzie doby, co dodatkowo oddala ode mnie widmo wyspania się za wszystkie czasy. Ostatnia kroplówka schodzi tuż przed północą. Godzina piąta, ptaszki witają mnie do spółki z Panią Pielęgniarką. Czas na działkę w żyłę. Kroplówki przyjmuję chętnie, bo jest to jedyna rzecz, jaką przyjmować mogę. Mam zakaz jedzenia i picia. Dlatego, gdy wjeżdża wózek ze śniadaniem… Ładna choinka, taka wysoka. Krzątanina przed południem robi się ogromna. Nagle oddział jakby się wyroił. Przychodzi pełno ludzi, ale też sporo wychodzi ze swych kryjówek w pokojach zwanych pieszczotliwie salami chorych. I wtedy rozumiem, gdzie jestem. Każdy jak sekretarka z dokumentami, dzierży z właściwą sobie gracją worek stomijny. O, a tutaj pani zdecydowanie z XXI wieku, z centralnym wkłuciem i elegancko dyndającymi z szyi kabelkami. Witamy w świecie chirurgii. Zaczyna się obchód. Do mnie przychodzi Pan Profesor. Poznaję po okularach, bo nie przedstawia się, jest w maseczce. A siwe włosy może mieć każdy. Za nim świta. Pan Profesor się odzywa i wiem, że oceniam poprawnie. Tak może mówić tylko Pan Profesor. Zadaje rzeczowe pytania, rzuca coś do asystującego mu medycznego tła, Pani z burzą loków i jeszcze większą burzą papierów w rękach skrzętnie coś zapisuje. Diagnoza: dla mnie dwa słowa. Metoda leczenia już dla tła, trochę jakbym nagle zniknął. Ale przecież zaufanie podstawą relacji lekarz-pacjent, zatem ufam, że wiedzą co robią. Choć trochę mniej, że wiedzą, co robili, bo na pytania Pana Profesora, co do tej pory otrzymałem słyszę tylko jego dwa słowa: po co? Cóż, jeszcze żyję i na dodanek czuję się o niebo lepiej niż wczoraj, więc chyba jest dobrze, nieprawdaż? Mogę pić. Hurra! Tylko co? A, jest dystrybutor z wodą. Ale gdzie oddać co wypiję? Tutaj był kłopot, bo toalety na korytarzu nie ma. Mam sobie znaleźć toaletę w męskim pokoju i korzystać. Jakoś tak mi było niezręcznie… Tym bardziej, że żadna toaleta nie jest w żaden sposób zamykana na nic oprócz klamki, więc można jedynie zapukać i mieć nadzieję, że ktokolwiek odpowie. Inaczej będzie coś co się w eleganckim świecie określa jako „faux pas”, a inaczej pisząc będzie goła prawda. Na szczęście krótko to trwało, bo wylądowałem na „sali chorych”. Trochę miałem nadzieję na dwójkę, ale piątka też dobra. To w zasadzie wszystko jedno. I tak generuje się na takiej sali cały przekrój wiekowy i społeczny. A zwłaszcza społeczny, bo uspołecznienie jest pełne. W zasadzie nie ma innego wyjścia, jak zostać rodziną, bo przecież słowo intymność zostało w worku na rzeczy. Odgłosy fizjologii są na porządku dziennym. Tutaj zresztą panuje zupełnie inna rzeczywistość. Człowiek traci orientację kiedy kroplówka, kiedy proszki, kiedy badania. Dzień, noc, wszystko jedno. W nocy i tak niewiele się śpi, bo życie tutaj potrafi nie ustawać. Trochę jak w dżungli. Myśl o sobie, bo nie przetrwasz. Byle wyleczyć chorobę. Chorobę, z którą przyszedłeś. Mnie po czterech dniach głodówki wysiadł kręgosłup. Próby zgłoszenia tego faktu powodują ciekawą rzecz. Wiem już, na czym polega skupienie lekarskie: przede wszystkim na wybiórczej uwadze, która się wyraża w wybiórczym słuchu. Cokolwiek, co nie dotyczy schorzenia z karty nie wpada do ucha lekarskiego. W końcu leczą mnie tutaj na kiszkę. Nie na kręgosłup. Zgłaszania spraw do dyżurki powinny się tutaj uczyć liczne urzędy. Jak sprawę przyjąć, by się rozmyła. Myślicie, że zaczyna się robić nie-różowo? No to poczekajcie. Bo kończymy głodówkę. Po czterech dniach. Pech chciał, że trafiłem na długi weekend, w czasie którego Pan Profesor, jak to Pan Profesor, po profesorsku odpoczywa. Taki profesorski umysł musi odpocząć, bo on jest od mądrości, a mądrość nie silnik diesla - nie może cały czas pracować. Ale jak Pana Profesora nie ma, to nikt nie podejmie decyzji, żeby mi tę głodówkę zdjąć. Tym bardziej, że głodówka w szpitalu oznacza co oznacza. Nikt się nie bawi w semantyczne rozważania co do terminu „żywienie”. Nie ma składników odżywczych. W kroplówce też. Hop siup! Albo i to nie, bo sił stopniowo ubywa. Na szczęście kilogramów też. W tempie, które zdziwiło przede wszystkim właśnie mój kręgosłup. Jeden z lekarzy wreszcie wyraził zdziwienie: „To pan jeszcze głoduje?”. Oj, humanitarnym było zezwolić mi wreszcie na kleik. A na drugi dzień, to nawet coś, co kryje się pod podniecającym kryptonimem „mix”. Taki kleik to bomba. Dostaje się go wedle uznania: w kubku lub na talerzu. Bez sztućców, bo te albo się ma własne, albo się o nie prosi i nawet dostaje. Jeśli akurat są. A były. W przeciwieństwie do papieru toaletowego, którego akurat już nie ma. Ale my nie o tym… No, prawie… W każdym razie wróćmy do kleiku. Ponieważ jego spożywanie „na czysto” jest niesamowitym doświadczeniem, ale raczej jednorazowym w moim przypadku, należało włączyć wrodzoną kreatywność. A przecież wolno mi pić sok pomidorowy. Jedliście kiedyś pomidorową krem? Pewnie tak. Ale zapewne nie pomidorową z ryżem krem. A ja tak! A widzicie! Miód na żołądek. Zwłaszcza po czterech dniach zupełnie ścisłego postu. Co za dzień! Rewelacja. Nie mniej jednak korcił mnie następny, żeby rozwikłać zagadkę miksa. No i rozwikłałem. Chodzi o to, że do kleiku można dołączyć zupkę. Byleby nie miała kawałków czegokolwiek. Na szczęście zupki szpitalne są tak rozgotowane, że zagrożenia nie ma. Choć wydawało mi się przez chwilę, że ziemniaczek zaimponował mundurkiem. Nie mniej jednak szybka i pobieżna analiza obrazowa wózka z żarciem (to nie kolokwializm, ja doskonale wiem, co piszę) pozwoliła mi docenić moją dietę. Szpitalne jedzenie nie jest jednak legendą. To znaczy jest, ale żywą. Czasem nawet długo żywą, bo istnieje tutaj przedziwny zwyczaj nie sprzątania resztek jedzenia. Pani, która je rozwozi, niczym sztukmistrz ze swoim cudów pełnym wozem, zbiera talerze zaraz po posiłku i odjeżdża w siną dal (w mleczną dal, bo szyby następnego oddziału są mleczne). A ci, którzy z jakichkolwiek powodów spóźnią się, porzucają niezjedzone resztki, najczęściej na parapetach. Czuję się teraz jak lektor filmu przyrodniczego. Niezjedzone resztki porzucone na parapetach dogorywają spokojnie w słońcu czerwcowej późnej, acz gorącej wiosny. Za to personel dzielnie uwija się w maseczkach. Higiena przede wszystkim. Hop bęc! Zwłaszcza, gdy przybiegną Panie Salowe, aby przywrócić blask linoleum rozsiewając za sobą cudownie orzeźwiającą woń chloru. Jedna z nich stwierdziła nawet, że ten chlor zabija wszelkie bakterie. Ludzi też, ale to już skutek uboczny. Wydaje mi się, że więcej spraw ma tutaj takie skutki uboczne. No dla mnie zdecydowanie łóżko, które dla ludzi z chorobami kręgosłupa skutki uboczne realizuje dość szybko i skutecznie. Przez cienki, obłożony z oczywistych powodów tworzywem sztucznym materac czuję każdą rurę i sprężynę mojego łoża. Przy bólach kręgosłupa ułożenie się do snu na czymś takim to jak wysmarować się miodem i układać w mrowisku. Doświadczenie jedyne w swoim rodzaju. Ale innych łóżek tu nie ma. Podobnie, jak wspomnianego papieru toaletowego, łyżek, kubków, foteli do siedzenia, tabletki od bólu głowy na to wszystko. Są ludzie. Pacjenci, którzy to znoszą, chcąc jedynie wyjść do domu aby w spokoju dochodzić do zdrowia. I personel, który naprawdę haruje, uwijając się w chorym systemie. Bo ofiarami systemu są tutaj wszyscy. I personel, który robi co do niego należy, a czasem nawet co może. I pacjenci, którzy się nie odezwą. Bo czasem naprawdę nie wiadomo po co.
Więc siedzę sobie teraz, popijam sok pomidorowy z przemytu ze świata zewnętrznego i czekam na obchód. Jest niedziela, więc będzie raczej szybki. A Wam, moje Robaczki życzę dużo zdrowia.
I wyjaśnienie:
To nie jest tekst przeciwko ludziom. Tym chorym, czasem ciężko, wystraszonym, rzuconym w wir fabryki wyciągającej ludzi z łap śmierci. Ani tym, którzy tu pracują. Nie mogącym okazywać więcej współczucia, bo zwariowaliby w świecie tak pełnym cierpienia. To jest tekst o systemie. Bezdusznym, straszliwym, który człowieka odpodmiatawia, prawdziwie dehumanizuje, który uczy lekarzy by leczyli choroby a nie ludzi. Który ze szpitala robi miejsce, gdzie ludzie zaczynają już tylko marzyć o przetrwaniu. Całemu personelowi szpitala, któremu naprawdę nie zazdroszczę, a który troszczył się tu o mnie jak mógł i jak umiał, szczerze i z całego serca dziękuję.
Autor.
sobota, 14 sierpnia 2021
Każdy winien pamiętać, że agresja rodzi agresję.
wtorek, 13 października 2020
Kryzys może uczyć... Jeśli chcemy się nauczyć.
Kryzysy są potrzebne. W nich, jak w soczewce odbijają się wszelkie niedostatki postępowania. Tak, jak mówi się, że dobrych przyjaciół poznaje się w biedzie, tak też siebie samego powinno się traktować jak przyjaciela i wykorzystać okazję, żeby się poznać. I w wymiarze jednostkowym i społecznym. Czasy dziwne nastały. Bo niby z jednej strony jesteśmy coraz lepiej przystosowani do życia, coraz więcej wiemy, ale jako społeczeństwo wciąż wykazujemy ogromny rozdźwięk między samoświadomością a tym, co robimy naprawdę. Zdecydowanym pozytywem wszelkich kryzysów jest to, że uczą. Ale pod warunkiem, że uczeń chce się nauczyć, że wyciąga wnioski, że zmienia swoje postępowanie. Czy tak będzie w przypadku tego co dzieje się obecnie? Mam poważne wątpliwości. Ale po pierwsze diagnoza.
W natłoku informacji ciężko jest wybrać to, co jest najbliżej prawdy. Najbliżej, bo tak naprawdę nawet gdy coś widzimy, nie musi takim być, na jakie wygląda. Oj tak, filozofowie o tym rozprawiają od wieków. Jeśli zaś na dodatek ktoś to relacjonuje, to zawsze przez pryzmat tego, jak to widzi. Świat nie jest bowiem taki, jaki jest, - jest taki, jakim go postrzegamy, a często też taki, jakim chcielibyśmy go postrzegać. Trochę na zasadzie: nie do końca poznałem, więc resztę sobie dopowiem wedle uznania. Nic więc dziwnego, że w powodzi informacji ciężko nam wybrać te, które w jak największym stopniu pokrywają się z rzeczywistością. Ale warto włożyć trochę wysiłku w to, żeby poszperać. Inaczej przejmujemy się tym, co inni chcą, abyśmy wiedzieli, a co z prawdą nie ma nic wspólnego. W dobie nieograniczonej komunikacji łatwo jest ludźmi manipulować. Łatwo wpuszczać do sieci informacje, które szybko znajdują odbiorców, bo są… odpowiednio przygotowane. Wiedzą to doskonale nie tylko specjaliści od mediów, które kuszą nas, aby spośród wielu jabłek na targu wybrać akurat te, które błyszczą najbardziej. Choć wata w środku. Albo wręcz robak. Wiedzą to również ci, których po prostu fascynuje rozpowszechnianie bzdur, byle by się coś działo. A niektórzy wręcz nie wiedzą, że to wiedzą, ale mają po prostu dar do zjednywania sobie innych mową perswazyjną, pełną emocji. Bo już tylko emocje na nas działają. Wiedza niestety nie. Jest jej za dużo. To trochę tak, jak kiedyś śpiewała bodaj Ewa Bem o pomidorach - gdy ich w bród to nie smakują. Dlatego ludziom się nie chce. Nie sprawdzają. Nie myślą, zostawiają to innym. Sami łykają tylko emocjonalne informacje, na dodatek ładnie, bo sensacyjnie wyglądające. Niestety myliłby się ten, kto uważałby, że konsekwencją takiego stanu rzeczy jest wyłącznie powszechna niewiedza krocząca do spółki z durnotą. Do tego dochodzi też zacietrzewienie. I prościutka droga do fanatyzmu i ekstremalnych zachowań. Czemu? Bo jeśli przyswajamy coś, co jest nasączone emocjami, jak dobry tort ponczem, to nic dziwnego, że sami się nakręcamy do granic jedyną słusznością tego, cośmy właśnie przyswoili. Taki stan można określić nie tylko jako fanatyzm, zatwardzenie w swoich racjach, ale jest to też stan, w którym wyłączamy kompletnie w naszych umysłach opcje krytycznego myślenia. Tracimy umiejętność niewierzenia samym sobie. Czemu to ważne i niebezpieczne? Bo właśnie przestajemy szukać dalej, sprawdzać, drążyć, nie dopuszczamy do siebie innego punktu widzenia, innego spojrzenia. I jak ryba na haczyk, dajemy się złapać na coś, co popularnie określa się dzisiaj jako fake newsy. Na dodatek bronimy ich niczym Rejtan atakując jednocześnie bezpardonowo każdego, kto się choćby wychyli z wątpliwościami. Pomaga to w polaryzacji i tak już spolaryzowanego społeczeństwa. Czego nie dokonali niemiłościwie nam panujący, rozdzielając ludzi na „pisowych” i „niepisowych”, tego dopełniła pandemia. Przestało mnie śmieszyć to, że ludzie bezrefleksyjnie powtarzają brednie dotyczące wirusa, zasypując dziurę wątpliwości bylejaką informacją, byleby była kategoryczna. Na dodatek jedynym argumentem w dyskusji są inwektywy ad personam. Nie dziwi mnie to, bo już dwieście lat temu niejaki Schopenhauer zauważył, że gdy w dyskusji nie ma się nic sensownego do powiedzenia, to obraża się innych. Grunt został doskonale przygotowany, bo w naszym społeczeństwie nauczyciele są zidiociali, lekarze to złodzieje, sędziowie to kasta a profesorowie sitwa durnot. Zniszczono jakikolwiek autorytet, choć tak naprawdę był on niszczony już od dłuższego czasu przez samych rodziców, którzy starając się zapewnić wszystko, z bezstresowym wychowaniem włącznie, swoim pociechom, spowodowali, że autorytet stał się Mieczysławem Foggiem społeczności - niby jest, być może fajny, ale zdecydowanie dla dziadków i pradziadków.
No i co w związku z tym? Co zrobić? Jaką naukę wyciągnąć z tego kryzysu, który tak naprawdę jest po prostu kumulacją wielu okoliczności, w tym takich, które spokojnie drążyły naszą kulturę od dawna?
Po pierwsze przestać wzmacniać jednostki od małego w złudnym przekonaniu samodzielnej, własnej mocy. Obrzydliwa kultura sukcesu wpajana od małego, indywidualizm, na który się stawia, nawet pod pozorem tak zwanej pracy zespołowej, tak naprawdę wbija jednostkę w przekonanie, że poradzi sobie sama. Zawsze i wszędzie. A to przecież jakby po prostu powiedzieć komuś: nie oglądaj się na innych, a jeśli już, to traktuj ich narzędziowo. Proszę się zastanowić, czy uczy się w szkole, czy nas uczono, prawdziwej pracy zespołowej? Sukcesu grupy? Odpowiedzialności za nią? No raczej nie, bo to każdy z nas z osobna miał po prostu dostać piątkę bądź szóstkę. Do tego jeszcze jakże częste w szkole powiedzenie: nie zaglądaj do kolegi, rób sam. A przecież do diabła żyjemy w społeczeństwie, na dodatek w czasach, gdzie nikt nie jest i nie będzie samowystarczalny, bo mamy lekarzy, prawników, hydraulików, elektryków, kucharzy, mnóstwo, mnóstwo ważnych zawodów, ale nikogo, kto skupiałby je wszystkie! Na dodatek samodzielność powoduje właśnie, że nie potrzebujemy kogoś kto wie lepiej, wie więcej, wie coś, czego nie wiemy my. Zaczyna się od autorytetu rodziców, którzy sami sobie go grzebią nie potrafiąc być wzorem do naśladowania, poprzez nauczycieli, których grzebią również rodzice, twierdząc nie raz do własnych dzieci, że mają głupią tę panią, czy pana, aż po autorytety społeczne, które opluwają choćby politycy - niedouczone kreatury, które żyją za cudze pieniądze i nie mają ani wiedzy, ani umiejętności, ani kultury. Wszyscy się zgadzamy, że dzieci i młodzież rozpaczliwie potrzebują autorytetów, bo w tak zróżnicowanym świecie po prostu się gubią. Ale nie tylko nie potrafimy im owych autorytetów dać, ale na dodatek wciąż obrzucamy łajnem tych, którzy się na te autorytety nadają. Włącznie z nami samymi. Zatem pozwólmy dzieciakom patrzeć na autorytety, pozwólmy współpracować. Nie uczmy w zglobalizowanym świecie wściekłego indywidualizmu i parcia do sukcesu, bo robimy krzywdę i im i sobie. Uczmy słuchania innych, uczmy lekarzy zawodu a ludzi, że lekarza trzeba słuchać, bo się zna. Że sędzia się dużo uczy prawa, którego my nie znamy, więc trzeba ufać jego autorytetowi. Owszem, w każdej profesji znajdzie się nieprofesjonalna czarna owca. Ale uczmy od małego, że to wyjątki, które nie powinny mieć wpływu na obraz całości, a nie odwrotnie: że skoro jeden sędzia ukradł batonika to wszyscy sędziowie to złodzieje.
Po drugie: uczmy samodzielności, ale w myśleniu. Uczmy mieć własne zdanie, uczmy myślenia krytycznego. Wciąż mówimy dzieciakom kto jest dobrym bohaterem z literatury, kto jest złym. Dajemy klucze, uczymy pamięciowo, co w dobie informacji dostępnej w smartfonie jest absurdem. Dzieci dowiadują się na lekcji czym jest pantofelek (o żyjątko tutaj chodzi) i muszą się nauczyć na pamięć organelli owego pantofelka, ale nie wiedzą jak można by znaleźć z łatwością informację o nim w bibliotece albo w sieci i jak odróżnić te, które dotyczą pantofelka od tych, które niczego nie dotyczą. Szkoła uczy pamięciowo wzorów, a nie uczy myślenia krytycznego. Bo i jak by mogła, skoro to, czego uczy nie ma prawa z zasady być poddawane w wątpliwość. Sokrates się już dawno przewrócił w grobie. Pozornie to, o czym teraz piszę kłoci się z tym, co napisałem powyżej. No bo jak nauczyciel ma być autorytetem skoro jego uczeń może podejść krytycznie do tego, co on mówi? Absolutnie się nie kłóci, jeśli nauczyciel będzie tym, który właśnie nauczy, jak się uczyć, który nauczy, żeby zawsze krytycznie patrzeć na to, co już wiemy. Taki był właśnie Sokrates - sam o sobie twierdził, że jest głupi i był niekwestionowanym autorytetem. Dwa i pół tysiąca lat temu. I nadal jest. Przynajmniej dla niektórych.
Po trzecie: dostrzegajmy człowieka w kimś kto nie jest nami. Zastanówmy się, zanim powiemy komuś, że „razem z włosami wyszedł mu rozum”, czy sami chcielibyśmy coś takiego w dyskusji usłyszeć. To oczywiście powiązane jest z moim pierwszym postulatem, bo jeśli nie umiemy tak naprawdę żyć i działać w grupie, jeśli jesteśmy nastawieni na nasz własny sukces, to nic dziwnego, że tak łatwo przychodzi nam gnojenie innych. Zwłaszcza gdy do tego dokładamy kompleks niższości podpowiadający nam (najczęściej zgodnie z prawdą), że ten drugi naprawdę może wiedzieć więcej od nas. Dlatego trzeba go zgnoić, zdeptać w dyskusji. Obrazić tak, żeby już nie mógł zaskoczyć nas żadnym racjonalnym argumentem. Ludzie, zrozummy, że naprawdę możemy często nie mieć racji. Otwórzmy się na to i spróbujmy cześciej zadawać sobie pytanie: a może jednak jest inaczej?
Kończę już, bo jedną z cech dzisiejszych czasów jest niestety brak chęci do czytania dłuższych wywodów. Męczą. Nie jest to dziwne, skoro codziennie musimy przyswoić tyle dziwnych bodźców i informacji. Napiszę jeszcze tylko, że gdzieś w głębi mojej niepoprawnej, optymistycznej duszy wierzę, że może choć w małym stopniu wyciągniemy wnioski z kryzysu, w jakim się teraz znajdujemy. I jak po burzy wyjdzie słońce, w którym dostrzeżemy, jak wiele nas ta burza nauczyła. Oby!