środa, 28 grudnia 2022

Szczęśliwego, skromnego Roku

 

Patrzę sobie dzisiaj w łazience na kolejną rzecz opatrzoną napisem „Made in China” i tak się zastanawiam, czy dokonanie remanentu w moim domu, w celu określenia procentowego udziału towarów z Państwa Środka nie skończyłoby się zaskoczeniem. Choć i tak spodziewam się, że bliżej mi do Szanghaju niż Brukseli, jeśli chodzi o rzeczy materialne. I zaraz mi się włączyło myślenie, czemu właściwie tak jest? Czy naprawdę Chiny muszą produkować dla całego świata? Doprowadzono do stanu, w którym Chiny wytwarzają, Afryka dostarcza surowców, Rosja energii. A my tylko konsumujemy. I próbujemy ratować biedny klimat, zamieniając słomki plastikowe na papierowe, ale wciąż konsumując na potęgę. Tak mi się jakoś nasunęło, że fajnie jest być częścią tak zwanej kultury Zachodu, wszystko jedno, na którym kontynencie Starym, czy Nowym. No, może jednak lepiej na Starym, bo mam pełną świadomość bycia częścią ogromnej historii, która tę kulturę ukształtowała. W przeciwieństwie do Ameryki, gdzie była przeszczepiona, Europa budowała ją od zarania, czyli od zera. Tymczasem w Stanach próbowano ją wprowadzać od zera i to wybiórczo. Zresztą na obszarze, który miał swoją kulturę, którą się przecież wyprze siłą i whisky. Jako pierwsi mieli demokratyczną konstytucję, ale też powrócili do skompromitowanej od wieków w Europie idei niewolnictwa. Podczas gdy Europejczycy… Dalej się tłukli urządzając sobie wiek później dwie rzezie, które na dodatek rozprzestrzenili na cały świat. W tym czasie Ameryka wysłała swoich ludzi na tę rzeź, ale i na niej zarabiała. Ale nie o tym chciałem. A o tym, że ta kultura Zachodu sama się zwalnia z odpowiedzialności za środowisko, bo przecież wszystko i tak produkowane jest w Chinach, więc my spokojnie możemy minimalizować ślad węglowy w społeczeństwie, które oduczyło się pracować. Zachód dzisiaj to usługi, ale jakie: głównie liczy pieniądze, które ma z tego, co Chińczycy wyprodukują z rosyjskiej energii i afrykańskich złóż. Żyjemy wygodnie ciesząc się „Made In China”, popijając latte na sojowym w papierowych kubkach, słuchając Grety. Zaraz i tak wsiądziemy w auto i pognamy w dal, pomstując na cenę paliwa. Tak jak się nie nauczyliśmy niczego w czasie kryzysu finansowego 2007-2009, gdzie się okazało, że praca przy księgowaniu pieniędzy, zwłaszcza wirtualnych, to jednak nie praca, która cokolwiek wytwarza, oprócz bańki spekulacyjnej, tak samo raczej nie nauczymy się niczego w czasie obecnego kryzysu, gdy się okazuje, że jak rosyjskiej ropy ani gazu nie będzie, to w zasadzie będzie bida. I dalej będziemy tkwili w przekonaniu, że nasz dobrobyt bierze się z naszej pracy, choć przecież prawie niczego już nie wytwarzamy. Może to i dobrze, bo i tak mamy za dużo. Żeby było jasne: nie jestem za przenoszeniem fabryk z powrotem do Europy. Raczej myślę o tym, że mamy już tyle, że niekoniecznie musimy mieć nowe. Idea powrotu do naprawiania rzeczy zamiast wymiany na nowe bardzo mi się podoba. Chodzi mi raczej o to, że Facebook jest tak naprawdę doskonałym wyrazicielem stanu umysłu naszego społeczeństwa: post, że się coś dzieje i wszyscy naklejki masowo tworzą, protestują w postach, oburzają się we wpisach. I tyle. I w życiu realnym też tak jest, że posegregujemy tonę śmieci, przejedziemy się na zakupy tramwajem, zamiast własnym autem, zakręcimy wodę przy myciu zębów i uważamy, że ratujemy planetę, choć przecież i tak źli Chińczycy nam ją paskudzą nie zwracając uwagi na to, że przecież my też się dusimy w ich smrodzie. A zapominamy, że ci Chińczycy nawet nie zmieściliby u siebie tego, co produkują. To „czysty” Zachód to wszystko konsumuje…
Zatem czego Wam i sobie życzyć w Nowym Roku? Niech to będzie rok wyhamowania. Niech to będzie rok cieszenia się tym, co wokół nas jest za darmo: naturą, miłością, życiem. Niech to będzie rok ratowania starego smartfona zamiast kupna nowego. Rok naprawiania, rok zastanowienia się nad tym, czy kolejny gadżet jest nam naprawdę potrzebny. Nie, nie wrócimy do jaskiń, Stanisław Jerzy Lec powiedział, że na to jest nas po prostu za dużo. Ale wróćmy trochę do natury. Nie chcijmy wciąż nowego i nowego. Nie dajmy się mamić handlowcom i bankom. A tym ostatnim to już w szczególności. Tak, roku spokojnego, bez bieganiny za czymś, co nas z pewnością nie uszczęśliwi, tego Wam życzę. I sobie. 






niedziela, 19 czerwca 2022

Szpital na dyskopatiach

 Zgłosiłem się na Szpitalny Oddział Ratunkowy - pisany Wielką Literą, bo to bardzo ważne miejsce jest. Zapewne. Bo czekanie na klatce schodowej, aż wpuszczą, jakoś z pozoru tę wartość pomniejsza. Za to już na tej samej klatce wypełnia się oświadczenie, że się człowiek zgadza na wszystko, wszystko otrzymał, choć tak naprawdę otrzymał podkładkę do papieru i długopis. I świadomość, że zaraz mu to wszystko zabiorą. Po nieważnym czasie oczekiwania na krzesełku, tuż przy schodach i oglądaniu tych, którzy się na krzesełko nie załapali i siedzieli na schodach, wpuszczono mnie do środka. Tam przemiła pani pobrała hektolitr krwi. I prosiła by usiąść i czekać. I nie czuć się wyróżnionym, bo wszyscy czekają. Niektórzy stękając sobie cicho w bólu. Patrzę na monitor na korytarzu. Wyświetla numerki. Domyślam się, że jestem jednym z nich. Do tego widnieje tam informacja, że mam przecież bilet i mogę sobie sprawdzić. Ale nie napisano co i po co, za to jak byk napisano, że czas oczekiwania dla wszystkich to siedem minut. A… może gdybym miał bilet, sprawdziłbym, które to już siedem minut czekam. Tyle, że żadnego biletu nie dostałem. Może ustny, ale on nie zawierał numerka, tylko komendę: czekać. Wchodzi Pani, która też ma czekać, ale z rozbrajającą szczerością oznajmia: „nie mam gdzie”. Faktycznie, nie ma, bo wszystkie krzesełka już zajęte. Wreszcie i dla mnie zaczyna się ruch w interesie. Na początek trzeba siku zrobić do kubeczka. Pani nie powiedziała, gdzie mam to zrobić, gdzie tu w ogóle jest toaleta. Ale na szczęście człowiek w potrzebie jest w stanie sobie pomóc. Jest i siku. I czekamy. Aż wreszcie jest! Badanie tomografem. I czekanie. I informacja, że czekanie się opłaciło, bo i tak zostaję w szpitalu. A jeśli ktoś myśli, że teraz się szybko sprawy potoczą, to się myli. Najpierw informacja, że piżamek nie mają. To znaczy mają, ale papierowe. Przyjmuję. Góra trochę ciasna, oj, przepraszam, po prostu dopasowana. Za to dół całkiem luźny. Zbyt całkiem, na szczęście jest sznurek, którym można dopasować się w tak zwanym pasie. Pociągnąłem za sznurek i… urwałem go od razu. Klops, bo z pewnością jedną rękę mam już od tej pory zajętą. No chyba, że poćwiczę kroki ze spodniami w kolanach. Wędrujemy w tym stroju na oddział. Korytarze, zaułki, skręt w prawo, w lewo, winda, znowu skręty. I nie wiem gdzie jestem, oprócz tego, że przed drzwiami na oddział chirurgii. Welcome. A gdyby mi przyszło myśleć o ucieczce, to już następna myśl o tym, dokąd mam uciekać, by trafić do wyjścia, skutecznie zabije tę pierwszą. Wskazano mi krzesełko i… kazano czekać. Nie było jednak tak nudno jak na SOR-ze, bo co i rusz ktoś zadawał mi te same pytania. Na co jestem uczulony i czy piję. I oto jest! Moje miejsce! Moje gniazdko! Na korytarzu co prawda, ale przy parapecie, za którym rozciąga się widok na choinkę i komin. Skupię się na choince. Miejscówka na dodatek z perspektywami, bo z drugiej strony widok na otwarte drzwi sali damskiej. Nie będę peszyć pań, w okno się pogapię. I tak sobie myślę, słuchając wieczornego (bo w międzyczasie fiku-miku, zrobił się wieczór) ruchu na oddziale, że teraz wreszcie sobie odeśpię. I to będzie pierwsza rzecz, bo jestem obolały, wymęczony i trochę oszołomiony. Było to jednakże jedno z najbardziej pustych i durnych postanowień w moim życiu. Leżenie przy drzwiach, które wszyscy otwierają, ale nikt ich samodzielnie nie zamyka ma tę zaletę, że człowiek po zmierzeniu czasu między ich otwarciem, a trzaskiem samozamykania jest w stanie określić siłę, z jaką zostały otwarte. Ale spać to raczej nie jest w stanie. Na dodatek ludzie się kręcą, ciągle coś gdzieś z głuchym łoskotem uderza o coś innego, a na suficie przyjaźnie uśmiecha się lampa, wysyłając do mnie zalotnie miliony lumenów. Poznaję też rozkład dnia, a w zasadzie doby, co dodatkowo oddala ode mnie widmo wyspania się za wszystkie czasy. Ostatnia kroplówka schodzi tuż przed północą. Godzina piąta, ptaszki witają mnie do spółki z Panią Pielęgniarką. Czas na działkę w żyłę. Kroplówki przyjmuję chętnie, bo jest to jedyna rzecz, jaką przyjmować mogę. Mam zakaz jedzenia i picia. Dlatego, gdy wjeżdża wózek ze śniadaniem… Ładna choinka, taka wysoka. Krzątanina przed południem robi się ogromna. Nagle oddział jakby się wyroił. Przychodzi pełno ludzi, ale też sporo wychodzi ze swych kryjówek w pokojach zwanych pieszczotliwie salami chorych. I wtedy rozumiem, gdzie jestem. Każdy jak sekretarka z dokumentami, dzierży z właściwą sobie gracją worek stomijny. O, a tutaj pani zdecydowanie z XXI wieku, z centralnym wkłuciem i elegancko dyndającymi z szyi kabelkami. Witamy w świecie chirurgii. Zaczyna się obchód. Do mnie przychodzi Pan Profesor. Poznaję po okularach, bo nie przedstawia się, jest w maseczce. A siwe włosy może mieć każdy. Za nim świta. Pan Profesor się odzywa i wiem, że oceniam poprawnie. Tak może mówić tylko Pan Profesor. Zadaje rzeczowe pytania, rzuca coś do asystującego mu medycznego tła, Pani z burzą loków i jeszcze większą burzą papierów w rękach skrzętnie coś zapisuje. Diagnoza: dla mnie dwa słowa. Metoda leczenia już dla tła, trochę jakbym nagle zniknął. Ale przecież zaufanie podstawą relacji lekarz-pacjent, zatem ufam, że wiedzą co robią. Choć trochę mniej, że wiedzą, co robili, bo na pytania Pana Profesora, co do tej pory otrzymałem słyszę tylko jego dwa słowa: po co? Cóż, jeszcze żyję i na dodanek czuję się o niebo lepiej niż wczoraj, więc chyba jest dobrze, nieprawdaż? Mogę pić. Hurra! Tylko co? A, jest dystrybutor z wodą. Ale gdzie oddać co wypiję? Tutaj był kłopot, bo toalety na korytarzu nie ma. Mam sobie znaleźć toaletę w męskim pokoju i korzystać. Jakoś tak mi było niezręcznie… Tym bardziej, że żadna toaleta nie jest w żaden sposób zamykana na nic oprócz klamki, więc można jedynie zapukać i mieć nadzieję, że ktokolwiek odpowie. Inaczej będzie coś co się w eleganckim świecie określa jako „faux pas”, a inaczej pisząc będzie goła prawda. Na szczęście krótko to trwało, bo wylądowałem na „sali chorych”. Trochę miałem nadzieję na dwójkę, ale piątka też dobra. To w zasadzie wszystko jedno. I tak generuje się na takiej sali cały przekrój wiekowy i społeczny. A zwłaszcza społeczny, bo uspołecznienie jest pełne. W zasadzie nie ma innego wyjścia, jak zostać rodziną, bo przecież słowo intymność zostało w worku na rzeczy. Odgłosy fizjologii są na porządku dziennym. Tutaj zresztą panuje zupełnie inna rzeczywistość. Człowiek traci orientację kiedy kroplówka, kiedy proszki, kiedy badania. Dzień, noc, wszystko jedno. W nocy i tak niewiele się śpi, bo życie tutaj potrafi nie ustawać. Trochę jak w dżungli. Myśl o sobie, bo nie przetrwasz. Byle wyleczyć chorobę. Chorobę, z którą przyszedłeś. Mnie po czterech dniach głodówki wysiadł kręgosłup. Próby zgłoszenia tego faktu powodują ciekawą rzecz. Wiem już, na czym polega skupienie lekarskie: przede wszystkim na wybiórczej uwadze, która się wyraża w wybiórczym słuchu. Cokolwiek, co nie dotyczy schorzenia z karty nie wpada do ucha lekarskiego. W końcu leczą mnie tutaj na kiszkę. Nie na kręgosłup. Zgłaszania spraw do dyżurki powinny się tutaj uczyć liczne urzędy. Jak sprawę przyjąć, by się rozmyła. Myślicie, że zaczyna się robić nie-różowo? No to poczekajcie. Bo kończymy głodówkę. Po czterech dniach. Pech chciał, że trafiłem na długi weekend, w czasie którego Pan Profesor, jak to Pan Profesor, po profesorsku odpoczywa. Taki profesorski umysł musi odpocząć, bo on jest od mądrości, a mądrość nie silnik diesla - nie może cały czas pracować. Ale jak Pana Profesora nie ma, to nikt nie podejmie decyzji, żeby mi tę głodówkę zdjąć. Tym bardziej, że głodówka w szpitalu oznacza co oznacza. Nikt się nie bawi w semantyczne rozważania co do terminu „żywienie”. Nie ma składników odżywczych. W kroplówce też. Hop siup! Albo i to nie, bo sił stopniowo ubywa. Na szczęście kilogramów też. W tempie, które zdziwiło przede wszystkim właśnie mój kręgosłup. Jeden z lekarzy wreszcie wyraził zdziwienie: „To pan jeszcze głoduje?”. Oj, humanitarnym było zezwolić mi wreszcie na kleik. A na drugi dzień, to nawet coś, co kryje się pod podniecającym kryptonimem „mix”. Taki kleik to bomba. Dostaje się go wedle uznania: w kubku lub na talerzu. Bez sztućców, bo te albo się ma własne, albo się o nie prosi i nawet dostaje. Jeśli akurat są. A były. W przeciwieństwie do papieru toaletowego, którego akurat już nie ma. Ale my nie o tym… No, prawie… W każdym razie wróćmy do kleiku. Ponieważ jego spożywanie „na czysto” jest niesamowitym doświadczeniem, ale raczej jednorazowym w moim przypadku, należało włączyć wrodzoną kreatywność. A przecież wolno mi pić sok pomidorowy. Jedliście kiedyś pomidorową krem? Pewnie tak. Ale zapewne nie pomidorową z ryżem krem. A ja tak! A widzicie! Miód na żołądek. Zwłaszcza po czterech dniach zupełnie ścisłego postu. Co za dzień! Rewelacja. Nie mniej jednak korcił mnie następny, żeby rozwikłać zagadkę miksa. No i rozwikłałem. Chodzi o to, że do kleiku można dołączyć zupkę. Byleby nie miała kawałków czegokolwiek. Na szczęście zupki szpitalne są tak rozgotowane, że zagrożenia nie ma. Choć wydawało mi się przez chwilę, że ziemniaczek zaimponował mundurkiem. Nie mniej jednak szybka i pobieżna analiza obrazowa wózka z żarciem (to nie kolokwializm, ja doskonale wiem, co piszę) pozwoliła mi docenić moją dietę. Szpitalne jedzenie nie jest jednak legendą. To znaczy jest, ale żywą. Czasem nawet długo żywą, bo istnieje tutaj przedziwny zwyczaj nie sprzątania resztek jedzenia. Pani, która je rozwozi, niczym sztukmistrz ze swoim cudów pełnym wozem, zbiera talerze zaraz po posiłku i odjeżdża w siną dal (w mleczną dal, bo szyby następnego oddziału są mleczne). A ci, którzy z jakichkolwiek powodów spóźnią się, porzucają niezjedzone resztki, najczęściej na parapetach. Czuję się teraz jak lektor filmu przyrodniczego. Niezjedzone resztki porzucone na parapetach dogorywają spokojnie w słońcu czerwcowej późnej, acz gorącej wiosny. Za to personel dzielnie uwija się w maseczkach. Higiena przede wszystkim. Hop bęc! Zwłaszcza, gdy przybiegną Panie Salowe, aby przywrócić blask linoleum rozsiewając za sobą cudownie orzeźwiającą woń chloru. Jedna z nich stwierdziła nawet, że ten chlor zabija wszelkie bakterie. Ludzi też, ale to już skutek uboczny. Wydaje mi się, że więcej spraw ma tutaj takie skutki uboczne. No dla mnie zdecydowanie łóżko, które dla ludzi z chorobami kręgosłupa skutki uboczne realizuje dość szybko i skutecznie. Przez cienki, obłożony z oczywistych powodów tworzywem sztucznym materac czuję każdą rurę i sprężynę mojego łoża. Przy bólach kręgosłupa ułożenie się do snu na czymś takim to jak wysmarować się miodem i układać w mrowisku. Doświadczenie jedyne w swoim rodzaju. Ale innych łóżek tu nie ma. Podobnie, jak wspomnianego papieru toaletowego, łyżek, kubków, foteli do siedzenia, tabletki od bólu głowy na to wszystko. Są ludzie. Pacjenci, którzy to znoszą, chcąc jedynie wyjść do domu aby w spokoju dochodzić do zdrowia. I personel, który naprawdę haruje, uwijając się w chorym systemie. Bo ofiarami systemu są tutaj wszyscy. I personel, który robi co do niego należy, a czasem nawet co może. I pacjenci, którzy się nie odezwą. Bo czasem naprawdę nie wiadomo po co.

Więc siedzę sobie teraz, popijam sok pomidorowy z przemytu ze świata zewnętrznego i czekam na obchód. Jest niedziela, więc będzie raczej szybki. A Wam, moje Robaczki życzę dużo zdrowia. 

I wyjaśnienie:

To nie jest tekst przeciwko ludziom. Tym chorym, czasem ciężko, wystraszonym, rzuconym w wir fabryki wyciągającej ludzi z łap śmierci. Ani tym, którzy tu pracują. Nie mogącym okazywać więcej współczucia, bo zwariowaliby w świecie tak pełnym cierpienia. To jest tekst o systemie. Bezdusznym, straszliwym, który człowieka odpodmiatawia, prawdziwie dehumanizuje, który uczy lekarzy by leczyli choroby a nie ludzi. Który ze szpitala robi miejsce, gdzie ludzie zaczynają już tylko marzyć o przetrwaniu. Całemu personelowi szpitala, któremu naprawdę nie zazdroszczę, a który troszczył się tu o mnie jak mógł i jak umiał, szczerze i z całego serca dziękuję. 

Autor. 

sobota, 14 sierpnia 2021

Każdy winien pamiętać, że agresja rodzi agresję.

 

Szczująca przez ostatnie lata pseudo-prawica nie spodziewała się, że stare przysłowie: kto sieje wiatr, zbiera burzę, sprawdzi się w ich kontekście. Budowanie hejtu obudziło nie tylko demony, ale też obudziło w wielu poczucie obywatelskości. Niestety, jak to zwykle w naszym kraju, trochę „od tyłu”. 
Nikt przy zdrowych, kulturalnych zmysłach, nie będzie popierał przemocy, w tym także słownej. Agresja budzi agresję i nie jest dobrym rozwiązaniem żadnego problemu. Ale warto pamiętać początek poprzedniego zdania, gdy się zaczyna działania agresywne. PiS nie wierzył chyba, że wreszcie spotka się z wybuchem. Ale się doczekał. 
Sam siebie zaskakuję analizując mój własny stosunek do ostatnich wydarzeń w Polsce. Nie brałem udziału w obronie mediów, bo za dużo było w tym TVN-u, a za mało obrony wolności jako takiej. Choć absolutnie to, co się wyprawia z ustawą o radiofonii i telewizji uważam za skandaliczne. Ale czuję, że teraz muszę napisać o antynomiach w mojej głowie. Bo nie odczuwam żadnego przerażenia, żadnego oburzenia, ba, nawet żadnych myśli negatywnych, gdy widzę co wyprawiają ludzie z Kukizem, Sachajką, Sośnierzem itp. Wręcz przeciwnie: mnie to cieszy. Gdy widziałem, jak ludzie literalnie opluwali Sośnierza, paradoksalnie czułem… ulgę. A to dlatego, że wreszcie jest szansa na zmianę optyki społecznej, jeśli chodzi o parlament. Być może wreszcie Polacy zrozumieją, że parlamentarzyści są ODPOWIEDZIALNI przed własnymi wyborcami. Oczywiście, trochę szkoda, że akurat w ten sposób się to dzieje, ale trudno, będę w tej materii makiawelistą – ten cel warty jest środków.  Pora zrozumieć, że poseł nie jest żadną świętą krową, że jest naszym przedstawicielem, więc ma działać w naszym i tylko w naszym interesie. I „władza”, jakakolwiek, powinna zrozumieć, że są granice ich buty i bezkarności. Policja, opancerzone limuzyny, zasieki i płoty z betonu nie pomogą im, gdy suweren uzna, że dość. I właśnie uznaje. Dlatego bardzo mnie cieszy, że niektórzy są już bliscy zapełnienia gaci ze strachu. Bardzo dobrze. A byłoby jeszcze lepiej, gdyby taki sam strach odczuli jeszcze co poniektórzy, z czarnogłową marszałkinią, czy ministrem od edukacji na czele. Tak, panie i panowie, pora się bać. Pora się bać tych, którzy was utrzymują i którym notorycznie plujecie w twarz. Zasialiście chaos, zasialiście nienawiść, szerzyliście agresję. To macie. I mam szczerą nadzieję, że tej machiny nikt już nie zatrzyma. 


wtorek, 13 października 2020

Kryzys może uczyć... Jeśli chcemy się nauczyć.


    Kryzysy są potrzebne. W nich, jak w soczewce odbijają się wszelkie niedostatki postępowania. Tak, jak mówi się, że dobrych przyjaciół poznaje się w biedzie, tak też siebie samego powinno się traktować jak przyjaciela i wykorzystać okazję, żeby się poznać. I w wymiarze jednostkowym i społecznym. Czasy dziwne nastały. Bo niby z jednej strony jesteśmy coraz lepiej przystosowani do życia, coraz więcej wiemy, ale jako społeczeństwo wciąż wykazujemy ogromny rozdźwięk między samoświadomością a tym, co robimy naprawdę. Zdecydowanym pozytywem wszelkich kryzysów jest to, że uczą. Ale pod warunkiem, że uczeń chce się nauczyć, że wyciąga wnioski, że zmienia swoje postępowanie. Czy tak będzie w przypadku tego co dzieje się obecnie? Mam poważne wątpliwości. Ale po pierwsze diagnoza.

W natłoku informacji ciężko jest wybrać to, co jest najbliżej prawdy. Najbliżej, bo tak naprawdę nawet gdy coś widzimy, nie musi takim być, na jakie wygląda. Oj tak, filozofowie o tym rozprawiają od wieków. Jeśli zaś na dodatek ktoś to relacjonuje, to zawsze przez pryzmat tego, jak to widzi. Świat nie jest bowiem taki, jaki jest, - jest taki, jakim go postrzegamy, a często też taki, jakim chcielibyśmy go postrzegać. Trochę na zasadzie: nie do końca poznałem, więc resztę sobie dopowiem wedle uznania. Nic więc dziwnego, że w powodzi informacji ciężko nam wybrać te, które w jak największym stopniu pokrywają się z rzeczywistością. Ale warto włożyć trochę wysiłku w to, żeby poszperać. Inaczej przejmujemy się tym, co inni chcą, abyśmy wiedzieli, a co z prawdą nie ma nic wspólnego. W dobie nieograniczonej komunikacji łatwo jest ludźmi manipulować. Łatwo wpuszczać do sieci informacje, które szybko znajdują odbiorców, bo są… odpowiednio przygotowane. Wiedzą to doskonale nie tylko specjaliści od mediów, które kuszą nas, aby spośród wielu jabłek na targu wybrać akurat te, które błyszczą najbardziej. Choć wata w środku. Albo wręcz robak. Wiedzą to również ci, których po prostu fascynuje rozpowszechnianie bzdur, byle by się coś działo. A niektórzy wręcz nie wiedzą, że to wiedzą, ale mają po prostu dar do zjednywania sobie innych mową perswazyjną, pełną emocji. Bo już tylko emocje na nas działają. Wiedza niestety nie. Jest jej za dużo. To trochę tak, jak kiedyś śpiewała bodaj Ewa Bem o pomidorach - gdy ich w bród to nie smakują. Dlatego ludziom się nie chce. Nie sprawdzają. Nie myślą, zostawiają to innym. Sami łykają tylko emocjonalne informacje, na dodatek ładnie, bo sensacyjnie wyglądające. Niestety myliłby się ten, kto uważałby, że konsekwencją takiego stanu rzeczy jest wyłącznie powszechna niewiedza krocząca do spółki z durnotą. Do tego dochodzi też zacietrzewienie. I prościutka droga do fanatyzmu i ekstremalnych zachowań. Czemu? Bo jeśli przyswajamy coś, co jest nasączone emocjami, jak dobry tort ponczem, to nic dziwnego, że sami się nakręcamy do granic jedyną słusznością tego, cośmy właśnie przyswoili. Taki stan można określić nie tylko jako fanatyzm, zatwardzenie w swoich racjach, ale jest to też stan, w którym wyłączamy kompletnie w naszych umysłach opcje krytycznego myślenia. Tracimy umiejętność niewierzenia samym sobie. Czemu to ważne i niebezpieczne? Bo właśnie przestajemy szukać dalej, sprawdzać, drążyć, nie dopuszczamy do siebie innego punktu widzenia, innego spojrzenia. I jak ryba na haczyk, dajemy się złapać na coś, co popularnie określa się dzisiaj jako fake newsy. Na dodatek bronimy ich niczym Rejtan atakując jednocześnie bezpardonowo każdego, kto się choćby wychyli z wątpliwościami. Pomaga to w polaryzacji i tak już spolaryzowanego społeczeństwa. Czego nie dokonali niemiłościwie nam panujący, rozdzielając ludzi na „pisowych” i „niepisowych”, tego dopełniła pandemia. Przestało mnie śmieszyć to, że ludzie bezrefleksyjnie powtarzają brednie dotyczące wirusa, zasypując dziurę wątpliwości bylejaką informacją, byleby była kategoryczna. Na dodatek jedynym argumentem w dyskusji są inwektywy ad personam. Nie dziwi mnie to, bo już dwieście lat temu niejaki Schopenhauer zauważył, że gdy w dyskusji nie ma się nic sensownego do powiedzenia, to obraża się innych. Grunt został doskonale przygotowany, bo w naszym społeczeństwie nauczyciele są zidiociali, lekarze to złodzieje, sędziowie to kasta a profesorowie sitwa durnot. Zniszczono jakikolwiek autorytet, choć tak naprawdę był on niszczony już od dłuższego czasu przez samych rodziców, którzy starając się zapewnić wszystko, z bezstresowym wychowaniem włącznie, swoim pociechom, spowodowali, że autorytet stał się Mieczysławem Foggiem społeczności - niby jest, być może fajny, ale zdecydowanie dla dziadków i pradziadków.

No i co w związku z tym? Co zrobić? Jaką naukę wyciągnąć z tego kryzysu, który tak naprawdę jest po prostu kumulacją wielu okoliczności, w tym takich, które spokojnie drążyły naszą kulturę od dawna?

Po pierwsze przestać wzmacniać jednostki od małego w złudnym przekonaniu samodzielnej, własnej mocy. Obrzydliwa kultura sukcesu wpajana od małego, indywidualizm, na który się stawia, nawet pod pozorem tak zwanej pracy zespołowej, tak naprawdę wbija jednostkę w przekonanie, że poradzi sobie sama. Zawsze i wszędzie. A to przecież jakby po prostu powiedzieć komuś: nie oglądaj się na innych, a jeśli już, to traktuj ich narzędziowo. Proszę się zastanowić, czy uczy się w szkole, czy nas uczono, prawdziwej pracy zespołowej? Sukcesu grupy? Odpowiedzialności za nią? No raczej nie, bo to każdy z nas z osobna miał po prostu dostać piątkę bądź szóstkę. Do tego jeszcze jakże częste w szkole powiedzenie: nie zaglądaj do kolegi, rób sam. A przecież do diabła żyjemy w społeczeństwie, na dodatek w czasach, gdzie nikt nie jest i nie będzie samowystarczalny, bo mamy lekarzy, prawników, hydraulików, elektryków, kucharzy, mnóstwo, mnóstwo ważnych zawodów, ale nikogo, kto skupiałby je wszystkie! Na dodatek samodzielność powoduje właśnie, że nie potrzebujemy kogoś kto wie lepiej, wie więcej, wie coś, czego nie wiemy my. Zaczyna się od autorytetu rodziców, którzy sami sobie go grzebią nie potrafiąc być wzorem do naśladowania, poprzez nauczycieli, których grzebią również rodzice, twierdząc nie raz do własnych dzieci, że mają głupią tę panią, czy pana, aż po autorytety społeczne, które opluwają choćby politycy - niedouczone kreatury, które żyją za cudze pieniądze i nie mają ani wiedzy, ani umiejętności, ani kultury. Wszyscy się zgadzamy, że dzieci i młodzież rozpaczliwie potrzebują autorytetów, bo w tak zróżnicowanym świecie po prostu się gubią. Ale nie tylko nie potrafimy im owych autorytetów dać, ale na dodatek wciąż obrzucamy łajnem tych, którzy się na te autorytety nadają. Włącznie z nami samymi. Zatem pozwólmy dzieciakom patrzeć na autorytety, pozwólmy współpracować. Nie uczmy w zglobalizowanym świecie wściekłego indywidualizmu i parcia do sukcesu, bo robimy krzywdę i im i sobie. Uczmy słuchania innych, uczmy lekarzy zawodu a ludzi, że lekarza trzeba słuchać, bo się zna. Że sędzia się dużo uczy prawa, którego my nie znamy, więc trzeba ufać jego autorytetowi. Owszem, w każdej profesji znajdzie się nieprofesjonalna czarna owca. Ale uczmy od małego, że to wyjątki, które nie powinny mieć wpływu na obraz całości, a nie odwrotnie: że skoro jeden sędzia ukradł batonika to wszyscy sędziowie to złodzieje.

Po drugie: uczmy samodzielności, ale w myśleniu. Uczmy mieć własne zdanie, uczmy myślenia krytycznego. Wciąż mówimy dzieciakom kto jest dobrym bohaterem z literatury, kto jest złym. Dajemy klucze, uczymy pamięciowo, co w dobie informacji dostępnej w smartfonie jest absurdem. Dzieci dowiadują się na lekcji czym jest pantofelek (o żyjątko tutaj chodzi) i muszą się nauczyć na pamięć organelli owego pantofelka, ale nie wiedzą jak można by znaleźć z łatwością informację o nim w bibliotece albo w sieci i jak odróżnić te, które dotyczą pantofelka od tych, które niczego nie dotyczą. Szkoła uczy pamięciowo wzorów, a nie uczy myślenia krytycznego. Bo i jak by mogła, skoro to, czego uczy nie ma prawa z zasady być poddawane w wątpliwość. Sokrates się już dawno przewrócił w grobie. Pozornie to, o czym teraz piszę kłoci się z tym, co napisałem powyżej. No bo jak nauczyciel ma być autorytetem skoro jego uczeń może podejść krytycznie do tego, co on mówi? Absolutnie się nie kłóci, jeśli nauczyciel będzie tym, który właśnie nauczy, jak się uczyć, który nauczy, żeby zawsze krytycznie patrzeć na to, co już wiemy. Taki był właśnie Sokrates - sam o sobie twierdził, że jest głupi i był niekwestionowanym autorytetem. Dwa i pół tysiąca lat temu. I nadal jest. Przynajmniej dla niektórych.

Po trzecie: dostrzegajmy człowieka w kimś kto nie jest nami. Zastanówmy się, zanim powiemy komuś, że „razem z włosami wyszedł mu rozum”, czy sami chcielibyśmy coś takiego w dyskusji usłyszeć. To oczywiście powiązane jest z moim pierwszym postulatem, bo jeśli nie umiemy tak naprawdę żyć i działać w grupie, jeśli jesteśmy nastawieni na nasz własny sukces, to nic dziwnego, że tak łatwo przychodzi nam gnojenie innych. Zwłaszcza gdy do tego dokładamy kompleks niższości podpowiadający nam (najczęściej zgodnie z prawdą), że ten drugi naprawdę może wiedzieć więcej od nas. Dlatego trzeba go zgnoić, zdeptać w dyskusji. Obrazić tak, żeby już nie mógł zaskoczyć nas żadnym racjonalnym argumentem. Ludzie, zrozummy, że naprawdę możemy często nie mieć racji. Otwórzmy się na to i spróbujmy cześciej zadawać sobie pytanie: a może jednak jest inaczej?

Kończę już, bo jedną z cech dzisiejszych czasów jest niestety brak chęci do czytania dłuższych wywodów. Męczą. Nie jest to dziwne, skoro codziennie musimy przyswoić tyle dziwnych bodźców i informacji. Napiszę jeszcze tylko, że gdzieś w głębi mojej niepoprawnej, optymistycznej duszy wierzę, że może choć w małym stopniu wyciągniemy wnioski z kryzysu, w jakim się teraz znajdujemy. I jak po burzy wyjdzie słońce, w którym dostrzeżemy, jak wiele nas ta burza nauczyła. Oby!

czwartek, 3 września 2020

Poranne refleksje rodem z pociągu

    Przeczytałem właśnie feministyczny artykuł o sytuacji kobiet w czasie pandemii. O tym, między innymi, że wobec braku płatnych form opieki to one przyjmują na siebie ciężar opieki nad dziećmi. I tak sobie pomyślałem o feminizmie jako takim. Czy nie powinno być przypadkiem tak, aby zastanawiać się nad rolami genderowymi, zamiast ciągle patrzeć na temat z perspektywy feminizmu? Owszem, autorką artykułu jest kobieta, więc patrzy na temat z tej właśnie perspektywy. Nie uważam siebie za antyfeministę, raczej za feministę, a tak naprawdę za osobę opowiadającą się po prostu za gender equality. Bo tez myślę sobie o biologicznych rolach, w których różnice są oczywiste. Ludzie mają dzieci i jest to fakt, dzięki któremu wciąż istniejemy na tej planecie. I to kobiety te dzieci rodzą, więc jest też rzeczą naturalną, że to one mają większą więź z kimś, kogo dziewięć miesięcy rozwijają wewnątrz własnego organizmu i kosztem tegoż. Rola ojca jest już w tym momencie sprawcza, ważna, ale i drugorzędna. Otacza opieką przede wszystkim matkę, stąd również istniejące w jej łonie dziecko, ale bezpośrednio w jego rozwoju udziału nie bierze. Dlatego może się wydawać, że rola opiekuńcza matki jest mimo wszystko bardziej… No po prostu bardziej. Rozumiem jednak chęć kobiet, zupełnie naturalną, do rozwijania również siebie i własnej kariery, czy samej siebie ot tak po prostu. Posiadanie dziecka nie musi być powodem do tego, aby własne życie zamykać tylko i wyłącznie w kręgu macierzyństwa. Poza tym tacierzyństwo uważam za rzecz piękną i dojrzałą z punktu widzenia zarówno samego mężczyzny, jak i związku, w którym decyzje zapadają obopólnie i nie przez pryzmat podejmującej jej osoby, ale z uwzględnieniem potrzeb obu stron. Natomiast z drugiej strony nie można mieć wszystkiego. Decyzja co do osiągnięcia pewnego status quo pociąga za sobą pewne konsekwencje. Nie dotyczy to wyłącznie dziecka, ale generalnie decyzji dotyczących naszego życia. Pójście na studia mimo konieczności pracy wiąże się z tym, że nie będzie wolnego czasu po pracy a obciążenie psychiczne znacznie wzrośnie. Kupno samochodu wiąże się z tym, że trzeba planować budżet z uwzględnieniem paliwa, ale też kosztów eksploatacji i amortyzacji: samochód to też ubezpieczenie, przeglądy, mechanik. Posiadanie psa to zupełnie inna optyka organizowania życia: wyjście na spacer, wyjazdy z uwzględnieniem czworonoga, etc. Być może dziwnie to wygląda, gdy zestawiam samochód z dzieckiem, ale chodzi mi o to, że każda decyzja co do stanu naszego życia pociąga za sobą konsekwencje. Jeśli decyduję się na związek z kimś, z kim mogę (planowane bądź radośnie przypadkowo przyjęte) mieć dzieci, to muszę liczyć się z tym, że dziecko wymaga opieki, że dziecko wymaga wychowania, że dziecku nawet najbardziej wykwalifikowana niania rodziców nie zastąpi. Szlag mnie mówiąc szczerze trafia, gdy się mówi, że to pandemia stanowi problem, bo nagle ktoś musi się zająć opieką nad dziećmi. Instytucjonalizacja naszego życia włączyła dzieci w magiczny i złudny krąg usług: obiad ugotuje restauracja, pranie zrobi pralnia, sprzątnie Pani Jadzia, a dzieckiem zajmie się Pani Anitka. A w domu Pan Romek na telefon wszystko naprawi. Dziecko nie jest ani brudną koszulą, ani żarówką do wymiany, żeby je z założenia oddawać w obce ręce do wychowania. I tak dochodzimy do sedna: ktoś się musi nim zająć. I to od rodziców zależy kto to będzie, choć wraca jak bumerang problem, że mama jest do tego jakby bardziej predysponowana. I nie piszę teraz tego z perspektywy kultury, ale z perspektywy natury po prostu. Z perspektywy kultury zaś zastanawiam się nie tylko nad rolą kobiet, która tylko pozornie wydaje się drugorzędna i podporządkowana. Trochę w życiu poznałem kulturę Islamu i pewnym momencie zrozumiałem, że podział ról w tej kulturze jest pewnym modelem rozwiązania problemu: życie to praca i dom i obie te sfery są równie ważne, więc trzeba jakoś role podzielić. Dyskusyjna jest oczywiście kwestia odgórnego podziału tych ról, ale w gruncie rzeczy problem mają jednak rozwiązany. Problem, z którym cywilizacja tak zwanego Zachodu nie może sobie poradzić, zbyt często udając, że go w ogóle nie ma. A jest. I to jest szerszy: w życiu nie można mieć wszystkiego. Kariera w ogromnym stopniu wyklucza życie domowe. Jeśli do tego dodamy tak zwany tradycyjny podział ról, to mamy: kobiety sfrustrowane, zmęczone, wracające z pracy, bo przecież chcą też się w niej spełniać, ale gotujące obiad, zajmujące się dziećmi, etc. I zarabiające mniej, bo przecież nie są w stanie (oczywiście teoretycznie ironizuję) być tak wydajne w pracy jak mężczyźni, skoro mają też obowiązki domowe. Ale pamiętajmy, że z drugiej strony jest też mężczyzna, którego role kulturowe dotyczą nie mniej. Często feministki zapominają, że rola mężczyzny tylko pozornie jest o niebo lepsza od roli kobiet. Mężczyzna wychowywany jest w kulturze siły. Musi być twardy, nie płakać lecz walczyć. Być bezwzględnym: tak jak kobiety chciałyby móc bez ograniczeń wspinać się, nawet bezwzględnie po szczeblach kariery, tak od mężczyzny często po prostu się tego wymaga. Facet musi umieć się bić, musi być przy tym odpowiedzialny. Do tego dokłada się również biologia, która sprawia, że kobieta jest mniejsza, więc gorzej radzi sobie z podnoszeniem ciężarów. Kiedy czytałem o tym, że wiele kobiet w pandemii skazanych jest przez system na rezygnację z pracy, bo trzeba zając się dziećmi, pomyślałem sobie o hipotetycznym przykładzie, w którym w domu mężczyzna jest górnikiem. No przecież nie zamienią się na role… Pomyślmy czasem również o tym, że facet, który zostaje jedynym żywicielem rodziny czuje na sobie olbrzymi ciężar odpowiedzialności. Naprawdę poczucie, że jak cokolwiek pójdzie nie tak, to żona i dzieci nie będą mieli co jeść, potrafi być równie frustrujące jak brak możliwości robienia kariery bo trzeba w domu z dziećmi zostać. 
    Czy zatem rodzi się w mojej głowie jakaś konkluzja z tych rozważań? Owszem. Może jest tak, że nam się na tym Zachodzie po prostu wszystko pomieszało? Przez to, że rozwój cywilizacyjny i technologiczny zostawił daleko w tyle rozwój kulturowy. Modele tak zwane tradycyjne zderzyły się z rosnącym konsumpcjonizmem a poczucie standardu życia wzrosło nam do tego stopnia, że przestaliśmy oglądać się na cokolwiek innego. Może zatem za dużo po prostu chcemy? Bo gdyby nie dzielić ról domowych między kobietę a mężczyznę, lecz rozłożyć je pomiędzy nich? Gdyby kulturowo naturalnym stał się mężczyzna czuły, cieplejszy, nieco słabszy od macho, a kobieta nieco silniejsza od mimozy? Gdyby robienie kariery nie oznaczało zatracenie się w wyścigu szczurów, lecz pozwalało zapewnić byt rodzinie, która jest równie ważna? Tak, wiem co piszę: równie ważna, bo sądzę, że priorytetem powinien być zawsze człowiek jako podmiot. Czyli krótko mówiąc: JA. Jeśli ja będę ze sobą szczęśliwy to dam szczęście innym: społeczeństwu w pracy i rodzinie w domu. Im jestem starszy, tym bardziej się zastanawiam nad koniecznością jasnej hierarchizacji: najpierw rodzina, potem cała reszta. Nie jestem wcale pewien, czy to dobre podejście. A co, jeśli trzymać wszystkie te sfery na równi? Ja, rodzina, praca? Czy nie spowodowałoby to wyważenia? I może tradycyjny podział doby: trzy razy po osiem: osiem na pracę, osiem na sen, osiem na dom, nie ma sensu? A może osiem na sen, sześć na pracę, sześć na dom i cztery na siebie ma go więcej? Może też ograniczmy potrzeby konsumpcyjne, a zajmijmy się sobą, partnerem, dziećmi, domem? Wówczas być może znajdziemy równowagę, która pozwoli na pozbycie się problemów: kto ma się w rodzinie rozwijać a kto zająć dziećmi (jakby zajęcie dziećmi zamykało drogę do rozwoju). No właśnie, przecież to model szczęśliwego dzieciństwa: trochę szkoły, trochę rodziców, trochę czasu dla samego siebie i dużo zdrowego snu. Może warto jednak wziąć z tego przykład? Sami sobie spróbujcie odpowiedzieć na te pytania.

poniedziałek, 29 czerwca 2020

Powyborczo, ale na spokojnie



Emocje społeczne dzień po wyborach są widoczne, ale nie można powiedzieć, że jak rzadko kiedy. Raczej normalne jest, że gdy ludzie czekają na rezultat własnych wyborów, tracą cierpliwość, a emocje biorą górę. Ale na te wybory trzeba by spojrzeć bez emocji, bo doszło do takiej sytuacji, w której te emocje mogą okazać się wręcz niebezpieczne.


Mimo paskudnej pogody szedłem dzisiaj ulicą uśmiechając się do ludzi, z którymi łapałem kontakt wzrokowy i myślałem sobie o tym, jakim narodem tak naprawdę jesteśmy. Co oznaczają te wyniki, w których prawie połowę głosów zdobyła osoba dzieląca społeczeństwo, osoba, która niedługo po poprzednim wyborze dała wyraz tego, że nie rozumie roli, jaką przyszło jej odgrywać, gdy stwierdziła, że nie jest prezydentem wszystkich Polaków, bo tak się nie da. Owszem da się, gdy tylko jest się osobą otwartą, oddziela się rację stanu od własnych poglądów i wciela się w sposób właściwy w wykonywaną przez siebie rolę. Niestety ten człowiek nie dorósł do stanowiska jakie pełni i jakie prawdopodobnie (oby jednak nie) przyjdzie mu pełnić nadal. Przywołałem na myśl komentarze, jakie od rana czytam na temat cudzych wyborów, bo jakoś niewiele osób odniosło się do własnych, za to z ochotą i dramatyzmem zaczęło oceniać cudze. I zrozumiałem, że tak nie wolno.


Istotą działania, trzeba przyznać genialnego działania, partii rządzącej jest właśnie odwołanie się do ludzi przeciętnych, niewykształconych, biernych, biednych i nienajlepiej radzących sobie z rzeczywistością. Prezesowi naprawdę można zarzucić wiele, ale politycznego geniuszu z pewnością nie można mu odmówić. Gorzej tylko, że pod jego, być może nawet słuszną ideę poprawy losu tych, co nie potrafią, podpinają się kanalie polityczne, które rzeczywiście nie potrafią. W zasadzie nic. Oprócz pobierania pensji za swoją indolencję. I tutaj tkwi prawdziwy problem: krąg takich, co nie potrafią jest bardzo szeroki, bo obejmuje takich, którzy nie potrafią, bo nie mają do tego warunków, np. osobistych, bo są wykluczeni, bo przez lata pracowali a teraz nie mają nic, z uwagi na brak umiejętności walki o swoje i rozpychania się łokciami. Ale w tym gronie są również miernoty, które w pełni świadomie nie potrafią być specjalistami w żadnej dziedzinie, zatem przyjmują postawę roszczeniową a wszystkich tych, którzy nie będą im pomagać utrzymać się na powierzchni nazywają złodziejami, bandytami, gorszym sortem, kastą, etc. I to wobec takich ludzi powinna być skierowana agresja społeczna, a w zasadzie nie tyle agresja, co asertywność i konsekwencja. 


Niewiele rzeczy aż tak mnie dziwi jak to, że dumny naród, który przynajmniej deklaratywnie nie daje sobie w kaszę dmuchać, który tak wiele przeszedł w swojej historii godzi się na bylejakość praktycznie w każdej dziedzinie. Mimo, że Polacy są bardzo pracowitym, potrafiącym włożyć mnóstwo żmudnego wysiłku w ciężką robotę, narodem. Czemu zatem pozwalamy na to, żeby utrzymywać klasę próżniaczą w polityce? Czemu pozwalamy na bałagan w administracji, na to, żeby ekipy remontowe pozostawiały po sobie niedoróbki, żebyśmy każde nowe, czyste, cudnie urządzone miejsce zaśmiecili, lasy powycinali a resztkę zasypali śmieciami, na to, abyśmy byli niewolnikami we własnym kraju, bo nie trzeba mieć Bóg wie jakiego doświadczenia, aby wiedzieć, że najbardziej agresywnymi, krwiopijczymi menadżerami są Polacy. Sami na tę bylejakość pozwalamy, ale czemu?


I myślę sobie zaraz, że to właśnie dlatego, że mała w nas jest wiara w to, że potrafimy coś więcej. Że to od nas wiele zależy. Że sami możemy urządzić swój kraj. Bo niby gdzie i kiedy mieliśmy się tego nauczyć? I tutaj dochodzimy do sedna moich wypocin. Oddaliśmy dyspozycję władzy w ręce bylejakich miernot, którym pozwoliliśmy myśleć, że mają władzę. Tyle jest obrońców konstytucji, a przecież jej pierwsze artykuły mówią o tym, że Rzeczpospolita jest dobrem wspólnym, a władza należy do NARODU. A nie do partii, która akurat wygrała wybory. Tylko kto ma to ludziom uświadamiać?


Nie mamy dobrych, silnych elit. W wyniku historycznych zaszłości i niewydolności systemu mamy szczątkowe elity społeczne, które nie czują odpowiedzialności za pozostałą część narodu, za to czują zdecydowaną wyższość. I ją okazują. A tymczasem okazywanie komuś wyższości wynika tak naprawdę z własnej słabości. Jeśli wiem więcej niż inni, jeśli mam więcej doświadczenia, jeśli każda moja opinia jest dokładnie przemyślania, a nie zaczerpnięta, to tym bardziej powinienem spokojnie do niej przekonywać tych, którzy tej wiedzy, doświadczenia, umiejętności samodzielnego kojarzenia i analizowania faktów mają mniej. Prawdziwa elita czuje odpowiedzialność za resztę, a nie okazuje wyższości. Jej wyższość okazuje się sama w wiedzy, w kulturze, w zachowaniach, które powinna zaszczepiać. Człowiek, który wywyższa się nad innych, sam czuje się słaby, zdaje sobie sprawę z miałkości własnych kompetencji. Dlatego nikomu, kto czuje na sobie odpowiedzialność lepiej wykształconego, bardziej ukulturalnionego, etc. nie wolno mówić o innych, że są motłochem, niedouczoną, niewykształconą tłuszczą, bydłem, etc. Właśnie na tym polega w Polsce problem, że mamy mnóstwo niewykształconych, słabo wykwalifikowanych, nieumiejących czytać ze zrozumieniem, czy krytycznie oceniać faktów ludzi. I do nich właśnie zwraca się obecna władza dając im złudne poczucie dumy, niestety nie z bycia człowiekiem jak każdy inny, ale właśnie z bycia niewykształconym. I trafia w sedno, bo cała reszta, która to wykształcenie ma, ma dostęp do kultury tzw. wyższej, której może i nie rozumie, ale w której uczestniczy, patrzy na ów prekariat z góry. I właściwie, nawet nie powiem, że łatwo jest ludzi na siebie w takim układzie napuścić, bo tak naprawdę w ogóle prawie nic nie trzeba tutaj robić. Ludzie sami się na siebie napuszczają. Należy tylko przekuć energię potencjalną w kinetyczną, że się tak ściśle, fizycznie wyrażę. I idzie samo. I skaczemy sobie do gardeł, wyzywamy się, uwalniamy nieprzebrane pokłady agresji i chamstwa, które nie doprowadzą nas WSZYSTKICH do niczego dobrego.


A tymczasem dobrze jest pamiętać, że:


1. Ludzi słabo wykształconych jest cała masa i jest to zaszłość, z której długo nie wyjdziemy, bo choćby nasz system edukacyjny jest niewydolny, ba jest do niczego. Nie uczy życia w społeczeństwie, nie uczy współpracy, nie uczy krytycznego myślenia, nie uczy samodzielności, ale uczy bzdur, kombinowania, zabiegania wszelkimi środkami i sposobami o oceny, myślenia wedle przyjętych z góry schematów, bezrefleksyjności, zawiści. Do życia nie przygotowuje wcale.


2. Tak długo, jak Polak będzie wykorzystywał Polaka, będziemy tutaj mieli nadętych bogatych, którzy sądzą, że kupno siedemdziesięciocalowego telewizora z Netflixem i naśladowanie celebrytów, bo nas na to stać, predysponuje do bycia społeczną elitą. A z drugiej strony będą osoby ze słusznym skąd inąd przekonaniem, że ktoś nie dość, że patrzy na nich z góry, to ich wykorzystuje tylko dlatego, że nie są wykształceni, albo nie są cwaniakami. To jest zupełnie naturalne, że takie warunki rodzą agresję. A jednocześnie to obrzydliwe, gdy się gardzi tymi, z których pracy się żyje, jednocześnie wykorzystując ich jako tanią, szarą siłę roboczą.


3. Niestety profesorowie, osoby utytułowane, mające z zasady pełnić rolę autorytetów w narodzie wpisują się w ten trend: zdobywają literki przed nazwiskiem, ale żyją we własnym świecie, wzajemnie klepiąc się po plecach, bawiąc się w polityczne gierki we własnym towarzystwie, typu kto komu doktoranta uwali, podkładając sobie świnie, a przede wszystkim posługując się hermetyczną nowomową, z której nic nie wynika, nawet dla nich samych. Za to patrząc z góry i bez szacunku na tych, którzy tych literek nie mają. Ze zdumieniem obserwuję, jak pięknie wyglądają rozmaite konferencje naukowe, na których opowiada się dyrdymały, w szczególności w naukach humanistycznych i społecznych. Wszystko ubrane w terminologię, której przeciętny człowiek nie rozumie, i dobrze, bo wówczas dostrzegłby mizerię owych dokonań naukowych, autorytetów, które same siebie określiły jako uznane. Tymczasem w dyskusjach dotyczących realnych problemów pozostawiają decyzje niedouczonym pod każdym względem politykom: jakoś o sześciolatkach w szkołach, o systemie edukacji, o systemie zdrowia nie słychać donośnego wołania świata naukowego. Cóż, być może stracił on już umiejętność kontaktu z rzeczywistością faktyczną, świetnie czując się w swoim wysublimowanym naukowo świecie?


Co zatem możemy zrobić?


Przede wszystkim nie dawać satysfakcji tym, którzy bazują właśnie na tym, żebyśmy skakali sobie do gardeł. Niestety cała nasza klasa polityczna jest do wymiany, ale nie jesteśmy, póki co, w stanie jako Naród ich wymienić, bo nie ma na kogo. To z pewnością potrwa, bo nawet młodzi ludzie rozumieją, że jeśli nie są w stanie niczego się porządnie nauczyć, to kariera polityczna stoi przed nimi otworem. Za to wszyscy ci, którzy czują, że wiedzą więcej, że mają, lub mogą mieć wpływ na innych, mogliby robić po prostu swoje: tłumaczyć, gasić w zarodku agresję, przedkładać rzeczowe argumenty nad emocjonalne wybuchy. Przecież wiedzą jak to robić, bo… wiedzą więcej. Nie obrażać się na nikogo, nie obrażać innych, uczyć jak być prawdziwym obywatelem. Mam wrażenie, że nie mamy już innych środków i możliwości. Rewolucji w tym narodzie nie zrobimy, samo się nie poprawi, co widać po obecnych wynikach wyborczych. Musimy się pogodzić ze stasus quo i wziąć do roboty organicznej. Mimo, że szkoła ze swoim skostniałym systemem, z narodowowyzwoleńczą narracją, z odklejeniem od rzeczywistości wcale nam w tym nie pomaga. Ale szkoła to nie tylko system. Szkoła to też ludzie, a znam sam wielu nauczycieli, którzy mimo tej beznadziei systemu robią swoje i robią to świetnie. 





Zatem kochani, do roboty. Każdy niech robi swoje najlepiej jak potrafi. I nie bądźmy bierni, zwracajmy uwagę innym. Gdy śmiecą, gdy robią coś nie tak jak powinni, gdy nie wykonują należycie swoich obowiązków. Ale bez agresji. Spokojnie, rzeczowo, uparcie, asertywnie. Może tak doczekamy czasów, gdy „polska bylejakość” będzie tylko parą nic nieznaczących słów, związkiem frazeologicznym bez pokrycia znaczeniowego. I uśmiechajmy się do siebie. I tyle.

piątek, 3 kwietnia 2020

Wywiad ze sobą

Przyszła zatem koza do woza – rzec by można posługując się mądrością ludową. Lub też nawet nosił wilk razy kilka… Po kilku rocznikach moich studentów, których prosiłem o rozliczenie się ze sobą w wywiadach, pora na mnie. A ponieważ najtrudniejszą rzeczą, jak się okazuje, jest wymyślenie struktury takiego wywiadu i wymyślenie doń stosownych pytań, zatem zacznę od takich, które mogą wydać się sztampowe, ale otworzą coś, co mam nadzieję, popłynie samo. Zatem:
- Jak myślisz? Kim jesteś?
- No proszę, a to jest pytanie, którego każdy powinien się obawiać. Nie tylko ci, którzy nie lubią o sobie mówić, ale też ci, którzy to uwielbiają. Ci drudzy bowiem mogą nie wiedzieć, kiedy skończyć. Poza tym egzystencjaliści przecież twierdzili, że nie ma właściwiej odpowiedzi na to pytanie. Zresztą można by się zastanowić, co się tutaj powinno znaleźć. Czy opis składający się po prostu z cech? Tylko czy samemu można własne cechy opisać? Jeśli faktualne, to tak. Jestem mężczyzną, mam czterdzieści parę lat, ponad 180 centymetrów wzrostu i 90 kilo wagi. Od jakiegoś czasu, bo przedtem było znacznie więcej. Łysieję, mam wąsy i brodę, itd. Reszta niestety wchodzi w ocenę i przestaje mieć walor obiektywności. Więc pojawia się tu problem, że skoro już musimy subiektywnie, to czy powinienem robić to ja, czy ktoś inny? Myślę, że najlepiej byłoby złożyć i jedno i drugie razem, bo ja mogę opisać co we mnie siedzi. Choć nie wiem też czy słowo „mogę” nie jest tutaj też trochę na wyrost. A ktoś powinien to skonfrontować z tym, co wychodzi na zewnątrz i jest widoczne. Tylko pytanie, czy ma to sens? I czy warto temu poświęcać aż tyle energii, bo taki opis byłby samorozwijający się. A zatem bardzo długi.
- No to może tak standardowo i po mniejszej linii oporu: gdybyś miał się komuś przedstawić w tzw. żołnierskich słowach.
- No nie wiem czy to się w ogóle uda. Bo czasem sam nie wiem czy się znam. Kiedyś z pewnością od razu określiłbym siebie jako otwartego na świat i ludzi, radosnego, niepoprawnego optymistę. A teraz? Myślę, że otwarty na świat z pewnością tak. Lubię chłonąć świat. Szczególnie zmysłami, ale to przecież zawsze tylko początek poznania. Bo potem lubię analizować to, co poznałem. Jestem sensualistą, to na pewno. I jeśli jest takie słowo: gnozeofil, to nim jestem, a jeśli nie ma, to proponuję stworzyć. O, właśnie stworzyłem.
- I co to słowo dokładnie oznacza?
- Takiego, co lubi poznawać. A tak przy okazji myślę, że tworzenie własnego słownika ze słów zasłyszanych jak i własnych neologizmów z pewnością mnie charakteryzuje. Nie będę tutaj sypał przykładami z rękawa, wystarczyć musi wiara w to, że teraz mówię prawdę.
- No dobrze, oprócz danych obiektywnych, które oczywiście można rozszerzyć o piwne oczy i fakt, że jesteś koziorożcem, mamy też gnozeofila i słowotwórcę. Co jeszcze? Co z tym optymizmem? Pozostał?
- Myślę, że pozostał. Pewnie, że są chwile zwątpienia. W życiu nie może być tylko z górki. Zresztą uważam, że nie doceni dobra ani szczęścia ktoś, kto nie zna zła ani nieszczęścia. Rzecz w tym, że te chwile zwątpienia z wiekiem coraz łatwiej przychodzą. I coraz trudniej je odrzucać. Ale w ogólnym rozrachunku tak, wierzę w to, że będzie dobrze. 
- Wierzysz? Właśnie, a co z wiarą? Jesteś osobą wierzącą?
- Każdy jest osobą wierzącą, bo każdy w coś wierzy. Inaczej albo wiedzielibyśmy wszystko albo właśnie nic w ogóle. Kwestią jest tylko to, w co się wierzy. W Boga nie. Nie mam łaski wiary. Jest wiele spraw, które umieściłbym raczej przed znakiem zapytania niż na półce z napisem: wierzę. Na przykład czy jest jakiś plan, mechanizm odgórny, czy to wszystko jednak jest kwestią przypadku? Choć z drugiej strony pewne życiowe obserwacje i doświadczenia pozwalają na wyciągniecie wniosków, które można by poprzedzić słowami: wierzę, że tak jest, bo przecież pewności nie mam. 
- Na przykład?
- Hm. Na przykład pieniądze. Wierzę w to, że w moim przypadku musi być przepływ w kasie. Zawsze, gdy sam sobie przykręcam kurek, przestają przychodzić. Ale kiedy tylko wydaję, pojawiają się nowe. Oczywiście nie spadają z nieba, ale pojawia się konkretna okazja, żeby zarobić. 
- A pieniądze są ważne?
- Oczywiście! Dawno minęły czasy, gdy można było wypełniać sobie gębę frazesami o tym, że nie są istotne. Żyjemy w tak skomercjalizowanej rzeczywistości społecznej, że ich istotność jest dla mnie niepodważalna. Owszem, nie mógłbym powiedzieć, że są najważniejsze, bo są zdecydowanie ważniejsze sprawy, ale pieniądze są potrzebne. Niestety dają szczęście. Ważniejsze jest na przykład zdrowie, ale gdy go brakuje, trzeba mieć pieniądze na naprawę. I tak dalej. 
- A co jeszcze umieściłbyś na liście wartości ponad pieniędzmi?
- Miłość. Dla mnie jedyny czynnik, który potrafi zwalczyć egoizm. A egoizm to potężna i ważna rzecz. Mam w sobie pokłady zdrowego egoizmu. Ale większe jeszcze pokłady miłości. Z tym, że miłość ma sens wtedy, gdy się ją dzieli, a właściwie nią obdarza. W pełni ujawnia swoje piękno, gdy wraca. Winna być wzajemna. Nie mówię tu o miłości do samego siebie, choć ta też jest ważna. Jeśli ktoś nie kocha siebie, to trudno mu będzie pokochać kogokolwiek. Miłość bowiem to również akceptacja. W tym akceptacja wad. Jeśli nie ma akceptacji wad to trudno mówić o miłości. To raczej przywiązanie. Coś co często pojawia się w związkach nie pracujących nad miłością. A kiedy w ogóle wad się nie widzi, to jest zauroczenie. To z kolei charakterystyczne dla początków. I ważne, bo tak się właśnie miłość rodzi.
- To jak to właściwie jest? Miłość się rodzi czy wypracowuje?
- Jedno i drugie. To trochę jak z dzieckiem: rodzi się, ale potem czeka nas ciężka praca nad nim. Wychowanie, ale też akceptacja, danie wolności, nie urabianie pod nasz obraz, bo przecież każdy jest podmiotową osobowością. I ta praca powinna być ciągła, tak jak nie można wziąć wolnego od bycia rodzicem. Bo miłość jest właśnie jak wolność: nie jest dana raz na zawsze. 
- Czy masz coś jeszcze, czym chciałbyś się scharakteryzować?
- O tak, z pewnością. Takich cech jest całe mnóstwo. I zabawna rzecz, gdy teraz się nad nimi zastanawiam, próbując je skategoryzować na dobre i złe, czyli tak naprawdę na te, które w sobie lubię i te, których nie, to dochodzę do wniosku, że nie jest to możliwe. Bo moje cechy raz mnie denerwują, a innym razem nie. Przecież to są moje cechy, one mnie charakteryzują, taki jestem.
- To może jakieś przykłady takich ambiwalentnych cech?
- Oczywiście. Na przykład niecierpliwość. Bywa tak, że pozwala podjąć szybko decyzję. Ale też nie zawsze przecież dobrą. Przy czym wyznaję zasadę, że konsekwencja złej decyzji nie służy do biadolenia, roztrząsania czy żałowania, ale staje się problemem, który trzeba rozwiązać. I nauczką. Czasem jednak mnie samego denerwuje to, że zamiast poczekać, ja muszę teraz, zaraz. Zrobić, kupić, mieć, powiedzieć. Bo niecierpliwość jest cechą, która rozlewa się na wszystkie aspekty życia. Choć z drugiej strony… Potrafię też układać puzzle, choć z braku czasu ostatnich nie skończyłem. A teraz, gdy mam dwa koty, zostawianie ich niedokończonych na stole nie jest najlepszym pomysłem. Niecierpliwość łączy się z kolejną cechą, jaką jest słomiany zapał. Jestem burzą pomysłów, no oczywiście nie cały czas, ale mam takie chwile erupcji kreatywności. Budzi się wówczas we mnie człowiek renesansu. Piętnaście różnych rzeczy na raz. Czasem wydaje mi się, że ja jestem wprost stworzony do tego, żeby mieć kilku asystentów. Bo zadam temat, a oni mogliby wejść w szczegóły. To te mozolne szczegóły, ta cierpliwa robota organiczna już mnie z czasem nudzi. Choć przyznam też, że jak się już rozkręcę to potrafię długo nad czymś pracować. Muszę się wtedy jednak maksymalnie skupić, bo najmniejsza rzecz, najdyskretniejszy impuls, który mnie wytrąci z rzeczy robionej i kierujący uwagę na coś innego powoduje, że już moje myśli wędrują samopas w nowe obszary. I potrzeba kogoś, kto albo mnie przywoła do porządku, albo pomoże mi skończyć co zaczęte. Najbardziej i najlepiej to widać przy pisaniu. Jak się rozkręcę i skupię, to słowa się ze mnie po prostu wylewają. Może z tą cechą powinienem być liderem zespołu? No cóż, szkoda, że nie muzycznego, bardzo bym chciał śpiewać, ale w tej materii natura się średnio popisała. To przeskakiwanie z tematu na temat prowadzi do kolejnej cechy, która może jest cięższa do pozytywnego ocenienia, ale ją z kolei, nie wiedzieć czemu, bardzo u siebie lubię. To chaotyczność. Szczególnie właśnie w tych momentach, w których jestem kreatywny. Być może dlatego ją lubię, gdyż ta chaotyczność ma też swoją drugą, bardzo pozytywną twarz. Ja wszystko co robię, nawet gdy tego nie kończę, robię z energią. Na tak zwanego maksa. Naprawdę. Niektórzy nawet twierdzą, że przez to ciężko za mną nadążyć. A ja bym nawet powiedział, że sam za sobą nie nadążam. Dlatego czasem pisanie sprawia mi trudność, bo nie nadążam za swoimi myślami. Nie chodzi tu nawet o samą czynność pisania. Bo nawet gdybym się nagrywał, to by nie pomogło. Po prostu zanim wyrażę cokolwiek expressis verbis, to już mam mnóstwo myśli następnych. 
Poza tym z dobrych cech wymieniłbym u siebie wrażliwość, empatię, miłość do zwierząt, umiejętność autorefleksji, choć to jest akurat we mnie wyuczone i wypracowane. A ze złych upartość, pamiętliwość, apodyktyczność. Choć w zasadzie… Nie, dobrze, tak zostawmy. Aha i gadatliwość. Tak bardzo chciałbym czasem zamilknąć, a nie potrafię.
- No właśnie, ambiwalencja nie zawsze daje się utrzymać. Bo chyba masz takie rzeczy, które naprawdę lubisz?
- Tak, majonez (śmiech). Lubię czerpać z życia garściami. Jak już wspomniałem, jestem sensualistą, uwielbiam, gdy moje zmysły dostarczają mi bodźców. Nawet niekoniecznie uważanych za przyjemne. Dlatego np. lubię horrory. Lubię gotować, ale w zasadzie po to, aby karmić ludzi. Owszem, upitraszenie czegoś samo w sobie sprawia mi przyjemność, ale jak mogę to komuś podać i widzieć ten specyficzny uśmieszek zadowolenia na twarzy – to jest dopiero przyjemność. Lubię zwiedzać nowe miejsca, łazić bez celu w miejscach, których nie widziałem dotąd. Uruchamia mi się wtedy w głowie wyobraźnia, latają obrazy, przychodzą nowe pomysły, inspiracje. Mam w sobie chyba dużą potrzebę kreacji, tworzenia, nawet jeśli to dotyczy tylko mojego wewnętrznego świata. Lubię muzykę – znów, wszystko kręci się wokół zmysłów: smaki, zapachy, obrazy, dźwięki. Ale lubię też ciszę. Czasem, ale ona musi mieć coś w zamian. Na przykład cudny widok w górach, niezmącony hałasem.
- I nie męczy Cię takie ciągłe atakowanie zmysłów?
- Męczy, oczywiście, ale to satysfakcjonujące zmęczenie też lubię. Kiedy człowiek po prostu pada po wspaniałym, pełnym wrażeń dniu. I śpi jak dziecko. To cudne uczucie. Choć faktycznie trzeba mieć pewną strategię – jeśli dzień był pełen wrażeń, wypada go zakończyć jakimś wyciszeniem. Może być lampka wina, książka, byle jednokanałowo. Bo inaczej człowiek się kładzie z wielką karuzelą w głowie, a wówczas trudno jest zasnąć. No i z czasem widzę – komputer przed snem to wróg numer jeden.
- Dobrze, zajmijmy się, wobec tego tym, czego nie lubisz?
- Z biegiem czasu uzbierało się trochę w koszu na śmieci, do którego nie chciałbym zaglądać. Wciąż nie lubię golonki (znów śmiech), w ogóle tłustego mięsa. Ale tak poważnie trzeba by tutaj rozgraniczyć rzeczy, których unikam jak ognia, bo na przykład mnie paraliżują i się ich po prostu boję, od takich, których po prostu nie lubię. W pierwszej kategorii zdecydowanie umieściłbym chamstwo. To jest coś, co mnie po prostu zatyka, obezwładnia i czuję coś, czego nienawidzę, mianowicie niemoc. Nie mam pojęcia jak z nim walczyć, bo odpowiedź agresywna na agresję niczego nie załatwi. A inna odpowiedź mi po prostu nie pasuje. Dlatego w przypadku chamstwa wolę się zachować jak rak pustelnik – schować w skorupkę. Nie lubię zaś bezrefleksyjności – takiej zacietrzewionej głupoty, odpornej na wszelkie argumenty i zapleśniałej w swojej własnej racji. Nie lubię też rozmemłania, takiej degrengolady. No i nie lubię nie mieć pieniędzy. Nie chodzi o to, że lubię być bogaty – nawet nie wiem, czy to lubię, bo nigdy nie byłem, ale nie lubię uczucia, gdy muszę się martwić o podstawowe potrzeby. Zamiast kierować energię na rzeczy ważne, to zamartwiać się z czego popłacę rachunki, czy kupię rzeczy potrzebne. Jak paliwo do auta, bo chyba najstraszniejszą dla mnie rzeczą byłoby nie móc wracać do mojego ukochanego domu z pełnej wrażeń podróży. Uwielbiam dom – nie budynek, nie mieszkanie, ale wiesz, Dom, miejsce, które jest znajome, takie Twoje, w którym masz swoje zabawki i kogoś, z kim go dzielisz. Ale zamknięcie mnie w tym domu na stałe byłoby straszne. A poza tym mam lęki i koszmary jak każdy z nas. Obudzenie się w środku zamkniętej trumnie, wrzuconej do wody. Choć nie, u mnie nie wiedzieć czemu nawet nie trumna, ale szafa! Tak, być zamkniętym w szafie wrzuconej do wody. Koszmar!
- I tylko tego się boisz, czy jeszcze czegoś?
- Przede wszystkim nie lubię mówić, ani nawet myśleć o lękach. Bo raz uruchomionej myśli trudno się potem pozbyć. To jest taki mechanizm, który łatwo u mnie włączyć, ale potem on działa już samopas. Boję się wyłączenia z życia, samotności i boję się o bliskich, że coś im się stanie. To chyba nie są jakieś oryginalne strachy? Oryginalnego powodu chyba nie mam. I nie chcę dłużej o tym mówić. Cały czas, ustawicznie walczę ze sobą, aby martwić się rzeczami zastanymi a nie przyszłymi. Przyszłości nie ma (jeszcze) i nie wiadomo jaka będzie. Cóż, wychodzi różnie.
- No widzisz. Ale w ten sposób następne pytanie nasunęło się samo: co jeszcze chciałbyś w życiu zmienić?
- Powinienem teraz teatralnie westchnąć i oznajmić, że no, to jest trudne pytanie. Ale tak nie jest. Wiem z czym walczę na co dzień, wiem na czym poległem, ale jak się zaprę to do walki wrócę. Chciałbym móc na bieżąco rozprawiać się z własną prokrastynacją. Odkładanie rzeczy na później to moja osobista walka. Niestety na wielu frontach. Począwszy od tego, że talerzyk odkładam do zlewu, zamiast od razu włożyć go do zmywarki. Choć muszę przyznać, że czasem jest to prokrastynacja wymuszona. Kiedy siadam do pisania czegoś konkretnego i czuję, że to nie ten czas, że nic nie wymyślę, że muszę się zabrać za coś innego, bo przyjdzie chwila i „machnę” tekst z radością i weną – w takich przypadkach nie walczę i wiem, że to dobre. Niestety dobre, ale czasem z fatalnymi skutkami, bo przychodzi deadline i wtedy ze łzami w oczach i duszą na ramieniu, ale piszę. 
- No dobrze, nie rozgaduj się, bo z pewnością są też inne rzeczy wymagające pracy.
- O, tak, chciałbym umieć się skupić na robieniu jednej rzeczy. Nie potrafię czasem skanalizować umysłu, zbyt często i daleko myśli mi uciekają. Ale o tym już przecież mówiłem. Natomiast kończy się to tym, że robię kilka rzeczy na raz. To czasem bardzo męczące, a przeważnie bardzo wkurzające. Choć sam przebieg tego, gdy robota po prostu pali mi się w rękach nawet mnie cieszy i zadowala. Dziwne, gdy teraz o tym myślę, to wydaje mi się to jednak mniej wkurzające niż sądziłem. Bo ja przecież lubię, gdy coś się dzieje. 
Natomiast w wymiarze globalnym to chciałbym, aby ludzie się bardziej otwierali na wiedzę, w tym na wiedzę o drugim człowieku. Bo najłatwiej jest powiedzieć, że chciałoby się, aby się ludzie kochali na świecie i żeby panował pokój. Owszem, chciałbym, żeby panował pokój, bo to jest straszne, że ludzie się aż tak krzywdzą. Ale nie unikniemy krzywdzenia się w ogóle. Dlatego nie chciałbym wcale, żeby się wszyscy kochali. To bez sensu. Chciałbym, żeby wszyscy byli empatyczni i refleksyjni. Żeby uczyli się. W tym, co najważniejsze, jeden drugiego. A wtedy byśmy bardziej o siebie dbali, wtedy nie krzywdzilibyśmy się aż tak potwornie. Każdy potrafiłby po prostu pomyśleć, co czuje ten drugi, do czego w konsekwencji mogą doprowadzić jego działania? Planecie to by przecież też pomogło. 
- Nie bardzo rozumiem tej myśli, że nie chciałbyś, aby się wszyscy kochali… Mógłbyś to trochę rozwinąć?
- Owszem. Po prostu świat jest bardzo różnorodny. I my, ludzie w nim istniejący też jesteśmy różnorodni. Niektóre rzeczy nam się podobają, a inne nie. I to bardzo dobrze, bo trudno docenić piękno jednego bez odniesienia do czegoś, co nam się nie podoba. Ale podobnie jest z ludźmi. Dobrze, że w świecie są tacy, których polubić nie chcemy, bo dzięki temu skłaniamy się bardziej ku tym, z którymi nam po drodze. Tamci na pewno znajdą takich, którym podpasują. Rzecz tylko w tym, aby ludzi, których nie lubimy omijać lub z obojętnością akceptować. Trudno, tacy są i już. A nie krzywdzić.
- Da się tak?
- No pewnie, że się da. Jeśli mam pracować z kimś, kogo nie lubię i mimo starań polubić nie mogę, to po prostu robię swoje, utrzymuję kontakty profesjonalne, nawet się uśmiecham, ale nie wchodzę w bliższe relacje. Przerzucam emocje na pracę, nie na osobę. Natomiast najgorsze jest w takim wypadku nakręcanie się niechęcią do takiej osoby. Wtedy ani relacja, ani praca dobrze nie idą. A odbija się to na nas samych. Pamiętajmy, że nienawiść do kogoś zżera nas samych, a nie tę osobę, której nienawidzimy.
- Łatwo powiedzieć…
- A trudno wykonać. Owszem, wymaga to pracy, ale jest możliwe. I satysfakcjonujące. Choćby z takiego egoistycznego powodu, że możemy wówczas poczuć satysfakcję, że jesteśmy o niebo lepsi od osoby, która jest wobec nas wroga.
- A co z tą krzywdą? Dlaczego nie unikniemy krzywdzenia się?
- Bo krzywda nie zawsze od nas zależy. Zło jest wpisane w ten świat czy tego chcemy czy nie. Może to będzie dość przejaskrawiony i makabryczny przykład, ale jeśli któryś z moich rodziców zszedłby z tego świata, to z pewnością by mnie tym skrzywdził. A przecież nie mają na to większego wpływu.
- Większego? A jakiś mają?
- Oczywiście. Wszyscy powinniśmy dbać o siebie z myślą o tych, którzy nas kochają. Jak ja umrę, to nic mi po tym, bo mnie już nie będzie, ale powinienem też myśleć o tych, którzy kochają mnie. Właśnie ich swoim odejściem skrzywdzę.
- Zanim jednak umrzesz, bo przecież każdego to czeka, żyjesz. Czego chcesz od życia?
- Poczekaj, to dobre pytanie. Bo w pierwszym przypływie myśli chciałbym na nie odpowiedzieć tak, że chciałbym tych rzeczy, które sprawiają mi przyjemność, a nie chciałbym tego, co mnie denerwuje, albo czego chciałbym za wszelką cenę uniknąć. Ale pomyślałem sobie, że chyba jednak nie tędy droga. I wiesz co? Już wiem, że chciałbym, aby życie mi nie przeszkadzało po prostu. Resztę to sobie sam wypracuję. Ułożę.
- No coś Ty, przecież są rzeczy, na które nie masz wpływu.
- No tak, ale mam wpływ na to, co z nimi zrobię. Jak zareaguję, co zrobię z konsekwencjami. Pamiętaj, że konsekwencje naszych decyzji są nasze. Więc najważniejsze są właśnie te decyzje. One zależą od nas. Od nas samych. Szczęście nie spada z sufitu, pracujemy nad nim sami.
- Szczęście? A czym ono jest dla Ciebie?
- Wbrew pozorom, niczym skomplikowanym. W tym, aby je pojąć pomógł mi mój zawód. Bo wiadomo – Epikur… Szczęście dla mnie to stan, w którym jeść i pić mi się nie chce, nie zdycham z gorąca ani nie jest mi zimno, nic mnie nie boli, mogę kochać, bo mam kogo, nie martwię się o rachunki, zmieniam świat na moim lokalnym poletku i mam się zawsze czego uczyć i co poznawać. A na dodatek jak idę do lustra, to widzę uśmiech na mojej pucołowatej gębie. Lubię tę gębę, choć nie leży ona specjalnie w moim estetycznym guście.
- Czy nie uważasz, że te słowa świetnie nadają się na pointę tego wywiadu?
- Właśnie tak uważam, ale nawet nie chciałem tego sugerować. Kończymy już? Proszę! Kolejna robota czeka.
- Tak, kończymy, bardzo dziękuję.
- Bardzo proszuję (mówiłem, że jestem słowotwórcą!)

poniedziałek, 3 lutego 2020

     Chciałbym bardzo mieć tyle czasu i na tyle nierozlataną głowę, aby móc pisać nie tylko wówczas, gdy coś mnie do szału doprowadza. Niestety bywa tak, że czuję, iż ciśnienie w tej części mojego mózgu, która odpowiada za emocje, jest już tak wielkie, że muszę. 
     Nie będę tutaj pisał o sprawie nowej, ale o takiej, która niczym rak toczy nasze społeczeństwo i jest kolejnym przejawem strat społecznych, które dzięki obecnie nami rządzącym będzie trudno odrabiać przez całe lata. 
     Nie tak dawno obiegła kraj długi i szeroki sprawa bulwersująca, pewnej Pani "profesor" z dużego, państwowego uniwersytetu. Pani ta na swoich wykładach dotyczących socjologii rodziny miała opowiadać dyrdymały dotyczące poglądów uważanych w niektórych kręgach za "opisujące tradycyjny model rodziny". Muszę przyznać, że pierwszą rzeczą, która mnie tutaj od razu wewnętrznie rusza jest sformułowanie "tradycyjny model rodziny". Wiele już lat mam do czynienia z tzw. pedagogiką rodziny i międleniem w kółko tego tematu. Im więcej się o tym nasłuchałem, tym mniej byłem w stanie sobie zracjonalizować owo pojęcie. Czym jest bowiem tradycyjny model rodziny? Czy związkiem kobiety i mężczyzny, czy kobiety i mężczyzny i dzieci (ilu?), czy kobieta, mężczyzna, ich rodzice plus dzieci...? Jak ma się do tego kwestia relacji między członkami takich rodzin? A co z rodzinami: bezdzietnymi, wielodzietnymi, rozbitymi, zrekonstruowanymi? Takimi, w których jedni dziadkowie się nie przyznają, itd, itp.? Można by pomyśleć, że wywołuję kolejną czczą dyskusję akademicką. Ależ nie, jestem jak najdalszy od tego. Kłopot bowiem polega na tym, że w pewnych kręgach, uważanych za opiniotwórcze, a na dodatek takich, które swoją rolą opiniotwórczą przejęły się na tyle, iż uważają się za opiniodawcze, na dodatek monopolistyczne, używa się tego określenia jako punkt wyjścia do narzucania jedynie słusznego stylu życia. I wychodzą z tego już nawet nie jaja, ale dramaty życiowe. Wyrzuca się na margines: matki samotnie wychowujące dzieci (sama chciała, pewnie była nie do zniesienia, skoro chłop ją rzucił, a poza tym  może po prostu dziwka, że sobie zrobiła dziecko nawet nie wiadomo z kim): ojców w podobnej sytuacji, bo ojciec przejawiający uczucia w ogóle jakoś się nie mieści w ramach percepcji co poniektórych określających się mianem konserwatywnych (którego to pojęcia tak naprawdę nie rozumieją), dziadków z dziećmi, osób samotnych z wyboru albo z musu - przykładów można dać mnóstwo. Co najważniejsze, mówi się tutaj o jakichś nieokreślonych związkach kulturowo - formalnych (wypracowanych na przestrzeni dziejów, jakby nic się w uwarunkowaniach w historii nie zmieniało), a nie o rzeczywistych relacjach, które powinny być podstawą każdej rodziny. Tak, szanowni państwo, rodzina to nie jest żaden związek kobiety i mężczyzny, dwóch mężczyzn, dwóch kobiet, kogokolwiek i psa, bla, bla, bla. Rodzina to jest wspólnota, którą łączy poczucie tej wspólnoty właśnie, uczucia długofalowe przynależności, miłości, solidarności, przyzwyczajeń i tego wszystkiego, co sprawia, że rodzina, choćby miała to robić wyłącznie w sytuacjach kryzysowych, ale trzyma się razem i jest dla siebie. Jeśli zatem mówimy o rodzinie tradycyjnej, to jest nią taka rodzina, która przestrzega tradycyjnych wartości, cokolwiek miałoby to oznaczać, a nie stanowi wydłubany z nosa model kogokolwiek z kimkolwiek. Zajmijmy się wreszcie relacjami wewnątrz rodziny, bo z tym jest problem, a nie wytyczaniem kto z kim ma mieszkać, sypiać i w ogóle spędzać życie. Pomóżmy ludziom, którzy taką rodzinę chcą tworzyć, zamiast wytyczać im jakikolwiek model. Tyle charakterów ile ludzi, więc modelowanie w przypadku rodziny jest jak prostowanie linii papilarnych.
     Wracając jednak do przypadku rzeczonej Pani wykładającej. Zadałem sobie trud przyjrzenia się bliższemu sprawie, bo uważam, że w dobie tyleż atrakcyjnych, bo strasznych, co nie mających zbyt wiele wspólnego z prawdą nagłówków, jest to ważne. I cóż się okazało? Po pierwsze, że dorobek naukowy tej Pani nie jest imponujący, co świadczy już powoli tradycyjnie o kondycji polskiej nauki wziąwszy pod uwagę fakt, iż Pani jednak jest po habilitacji. Po drugie jest to dorobek faktycznie związany z jedną opcją światopoglądową, co samo w sobie nie jest absolutnie niczym złym, bo każdy ma do tego prawo. Ale już treść i sposób wykładania jest nie do zaakceptowania z punktu widzenia właśnie wolności myślenia, której idea akademickości jest podstawą, a na którą sama Pani "profesor" się w swoich wypowiedziach tak kuriozalnie, acz skrzętnie powołuje. Pomijam już fakt, że nie bardzo rozumiem co ma wspólnego rozwój płodu (o którym rozprawiała ochoczo, jak się okazuje), z socjologią rodziny, ale istnieje zasadnicza różnica pomiędzy przekazywaniem opinii (powinny być rozmaite) a ich ocenianiem. Przez dwadzieścia lat moich wykładów nie przyszłoby mi do głowy bronić jakiegokolwiek światopoglądu jako jedynego słusznego. Owszem, zdarzało mi się, że przedstawiałem swój, że dawałem argumenty za innym czy przeciwko, ale zawsze starałem się przedstawiać też odrębny punkt widzenia podając argumenty zarówno za jak i przeciw. Bo ideą wykładania jest pokazać sprawę i pobudzić do krytycznego, racjonalnego myślenia, a nie bronić swojego własnego światopoglądu. Nie na tym polega wolność wypowiedzi. Poza tym przez tyle lat nauczyłem się jednego: łatwo jest urazić ludzi, którzy siedzą, słuchają i mają nadzieję, że będę tym, który ich czegoś nauczy. I takim urażeniem zawodzę pokładane we mnie zaufanie. Wówczas z pewnością trudno mówić, że jestem dobrym wykładowcą, dobrym akademikiem, rzetelnym naukowcem. 
     O tym, co przy okazji całej sprawy wypisują media pisać nie będę, bo nie mam najmniejszego zamiaru odnosić się do bezczelnych manipulacji świadczących wyłącznie o kompletnym braku rzetelności tych, którzy z zasady mają przekazywać informację.
    Natomiast chciałbym się wypowiedzieć o wynikającym z całej sprawy merytorycznym clou, które jest tak naprawdę również zamiarem i trzonem mojej wypowiedzi. Rzeczona Pani i jej obrońcy bronią czegoś, czego nie rozumieją, atakują coś, co jeszcze mniej rozumieją i dokładają cegiełkę do powstawania przekonań, których wynikiem są z kolei zachowania krzywdzące ludzi. Kolejny nastolatek popełnił samobójstwo w Warszawie z powodu szykan związanych z nieumiejętnością odnalezienia się w panujących wzorcach kulturowych, a w zasadzie właśnie dlatego, że inny wymagali od niego w chamski sposób, aby zachowywał się tak, jak każe "tradycja" i "tradycyjny model". Ile jeszcze będzie trzeba tłumaczyć, w tym ludziom wykształconym, że skoro mówią o tradycji, to jest to pojęcie nie związane z naturą, a z kulturą, co jest właśnie znaczeniem słowa GENDER w odniesieniu do płci. Ile jeszcze musi zginąć młodych (i starszych) ludzi robiących sobie krzywdę, aby ktoś zrozumiał, że są osoby, które nie są w stanie żyć wedle narzuconego przez kogokolwiek stylu? Dlaczego niektórzy uważają, że mężczyzna musi być wielki, silny i agresywny, a kobieta wylaszczona, posłuszna i nie wykazująca oznak przesadnej mądrości (w przeciwieństwie do uległości - im większej, tym lepiej). Paradoksalnie te same osoby wyzywają na muzułmanów, że ci traktują kobiety jak niewolnice, brudasy jedne! Ja naprawdę jestem w stanie zrozumieć, że komuś się taki model podoba - jeśli ktoś chce być osiłkiem skupiającym wokół siebie uległe blondynki w kozaczkach, to niech będzie. A jeśli znajdzie blondynki, które mu będą uległe i będą miały kozaczki, to tym lepiej. Dla niego i pewnie dla blondynek. Ale niech się odpierniczy od reszty, która chce żyć po swojemu. Żyj i pozwól żyć to taka prosta zasada, a jak się okazuje tak trudna do przyswojenia przez niektórych.  
     Nie mam już czasem siły tłumaczyć, co to jest gender i na czym polega, że "chrześcijański" ojciec rodziny, głowa domu oraz zajmująca się dziećmi żona, to też jest ideologia gender. Że nie ma czegoś takiego jak ideologia LGBT, że jest to skrót od tych wszystkich, którzy chcą po prostu kochać tych, do których natura ich prowadzi i chcą być zostawieni w spokoju i mieć prawo do tego, aby żyć po swojemu nie narzucając swojego stylu innym. Że wreszcie najbardziej chrześcijański model rodziny prezentował sam twórca chrześcijaństwa, Jezus z Nazaretu, który nie miał żony, nie miał dzieci, a głosił miłość bliźniego. Tylko tyle i aż tyle!

czwartek, 30 maja 2019

Czwartkowo, popołudniowo.

Jest spokojnie. Wreszcie. Nie odbieram telefonów, nie odbieram maili. Świat poczeka. Musi. Nie dlatego, że nie ma wyjścia, tylko dlatego, że teraz ja tak chcę.  Odnajduję w tym wszystkim siebie. Odnajduję chwile, które nie wrócą, więc warto jest je uchwycić. Cieszyć się nimi. Siedzę na podłodze, w progu mojego balkonu pisząc i spoglądam przez kwiaty, które zasadziłem, na świat. Koty się ganiają. Jej, jak jest cudnie. Tak właśnie ma wyglądać życie. Oczywiście, że lepiej byłoby, gdyby było trochę cieplej, gdyby nie było tak późno i można było się dłużej cieszyć chwilą. Gdyby mnie nie bolały oczy i mógłbym przeczytać jeszcze jeden ciekawy artykuł z Pisma. Gdybym więcej pamiętał z tego co czytam. Gdyby... Nie, nie będę zastanawiać się nad tym, czego nie mam. Muszę nauczyć się myśleć o tym, co mam. I cieszyć się tym. Przeżywać to. Najprostsza to droga do szczęścia. Najprostsza a jednak najtrudniejsza. Myślę jednak, że wywołane jest to tym, że dziś, a mam na myśli po prostu czasy teraźniejsze, za dużo mamy bodźców. Za dużo strzępków informacji do przetworzenia. Nawet nie przyswojenia, bo aż tylu i tak nie bylibyśmy w stanie przyswoić. Ciągle plany, ciągle w niedoczasie. Ciągle w myśli o tym, czego nie ma. Właśnie. Za dużo tego. I to właśnie powoduje, że zamiast cieszyć się tym, co teraz, zamiast chłonąć każdą chwilę życia, która przecież, jak to już napisałem, już się nie powtórzy, my ciągle gdzie indziej. Gdzie indziej, czyli nigdzie, bo przecież myślimy o rzeczywistości, której albo jeszcze nie ma, albo się nie wydarzy, bo nie zdąży, bo nie damy rady, bo się nam wymknie. I przez to wymyka nam się życie. Zapalę świeczkę. Ot tak...

sobota, 10 listopada 2018

Niepodległą!

Mam w domu małego kota. Ze schroniska. Z miejsca, gdzie musiała wciąż walczyć o swoje. I myślę tak sobie obserwując to małe stworzenie, które nagle znalazło się w innym, przyjaznym środowisku, że to tak samo jak z naszym Narodem. Od ćwierćwiecza z okładem znaleźliśmy się w nowej rzeczywistości. Nie musimy już z nikim walczyć. I jak to zdezorientowane kocie dziecko nie potrafimy się za bardzo ogarnąć w nowej rzeczywistości. Nie potrafimy zrozumieć, że miłość do Ojczyzny nie musi się już dłużej wiązać z walką, z ofiarami, z wygrażaniem komukolwiek. Ojczyzna ma być silna tym, co w niej zbudujemy. Tym, jacy jesteśmy, jak pracujemy, jak odnosimy się do siebie nawzajem. A my tymczasem z braku wspólnego wroga zaczęliśmy bić się ze sobą.

Gdy cały świat obchodzi setną rocznicę zakończenia potwornej masakry zwanej I Wojną Światową, zakończenia, które nam i kilku innym narodom przyniosło niepodległość, my rozpętaliśmy swoją własną wojnę. Wystawiając się już nawet nie na pośmiewisko, ale na zdumienie świata: oto, co Polacy robią ze swoją wolnością, wykorzystują ją sami przeciwko sobie. I do tego ta bylejakość we wszystkim: bylejakość w rozmowach, bylejakość w organizacji, w relacjach. Od stu lat wiadomo, że w 2018 roku będzie to stulecie. Ale dopiero w przeddzień ustalamy kuriozalnie dzień wolny od pracy, marsz państwowy - nikt nic nie wie. Taka nasza Polska - jak trzeba się ogarnąć, to nikt nic nie wie. Kradniemy sami siebie, opluwamy sami siebie. Za wszystko winiąc Niemców, Żydów, Muzułmanów, szkoda, że jeszcze nie ufoludki. Słuchamy szarlatanów, opluwamy profesorów, sami kalamy włąsne autorytety. W Polsce każdy może być specjalistą od wszystkiego, wystarczy, że umie czytać i ma dostęp do wikipedii, chomika i sciaga.pl. A kiedy ktoś naprawdę się zna na czymś, to jest (...). W to miejsce można wstawić całe szambo, jakie wylewa się zwykle na lekarzy, sędziów i innych porządnie wykształconych ludzi na poziomie. W zamian za to wychowaliśmy sobie bandę nieudaczników, nierobów odklejonych od rzeczywistości i kultury osobistej, zakłamanych hipokrytów, i daliśmy im mandat do rządzenia nami.

A patriotyzm na dziś, którego naprawdę Polakom nie brakuje to choćby:

1. Dzień dobry dla sąsiada.

2. Pomoc potrzebującym pomocy.

3. Dobra, uczciwa praca bez kombinacji i wynoszenia z biura zszywek na złość szefowi.

4. Godziwa płaca za tę porządną pracę, gdy jest się szefem. Bo człowiek to nie koszt w firmie.

5. Sprzątanie po sobie i nieniszczenie tego co wspólne, bo to nasze, a więc też i tego, co niszczy.

6. Płacenie za bilety w tramwajach i autobusach, bo wiezie nas motorniczy, który też zarabia, bo tramwaj jest na prąd, który nie jest za darmo, etc.

7. Przestrzeganie przepisów, w tym przede wszystkim drogowych, bo one są nie po to, zęby je łamać, ale po to, żeby każdy bezpiecznie dojechał do domu. A i radarów się wówczas nie ma co bać.

8. Szacunek wobec każdego, nawet jeśli się z nim nie zgadzamy. Zawsze dzięki niemu możemy się przyjrzeć nam samym, niezależnie od tego, czy to drugi Polak, czy nie Polak, jaki ma kolor skóry, jakie ma poglądy.

9. Zrozumienie, że Polska jest dla wszystkich, w tym też takich, którzy inaczej chodzą ubrani, do innego Boga się modlą, kochają kogo kochają.

10. Szacunek dla przyrody, bo ona jest podstawą Polski. Reszta to nadbudowa.

11. Sprzątanie po psie, żeby było ładnie, ale to w zasadzie to samo, co w punkcie 5.

12. Działanie dla ludzi, bo sam jestem człowiekiem.

 

I zamiast dwustu milionów wydanych nie wiadomo na co, życzyłbym sobie i wszystkim 100 000 nowych ekologicznych pieców na 100-lecie niepodległości. Żeby Polska nie była zadupiem Europy przykrytym nie tylko oparami absurdu, ale i smogu.

czwartek, 21 grudnia 2017

Od rana walczę z narastającą we mnie agresją. Już nie jest mi smutno, już nie jest mi źle. Już jestem wściekły. Czuję bezsilność, ale i złość. Za nasze ciężko zarobione pieniądze rujnuje się właśnie to, co przez lata mozolną pracą my i nasi rodzice budowaliśmy. Silną, dumną, bogatą Polskę, z którą inni się liczą, jako z partnerem, mając na względzie ile pracy włożyła w „gonienie” rozwiniętego świata. I teraz banda zakompleksionych idiotów, którzy poza kompleksami nie mają nic więcej do zaoferowania, po prostu to niszczy.
Stawianie się w retoryce konfrontacyjnej, a to przecież pisdzielce robią od samego początku, nie świadczy o niczym innym jak o słabości. To przejaw nie tylko niewolniczej mentalności, rodem z Nietzschego, ale przede wszystkim własnej małości, którą przykrywa się wyprzedzającym atakiem na wszystko co lepsze od nich, czyli prawie na wszystko w ogóle. Nie wierzę w to, że człowiek, który skończył prawo mówiąc, że w UE przy reformie praw człowieka jednym aktem prawnym zmieniono cały trybunał nie wie, że w Polsce sytuacja jest inna, bo na taki ruch po prostu nie pozwala konstytucja. Pierdnięcie prezesa – małego, bezżennego, nieznającego języków, niepotrafiącego odnaleźć się w normalnym świecie człowieka wywołuje panikę wśród jego świty – czemu? Bo nikt z nich nie ma jaj, żeby być przyzwoitym. Bo oprócz umiejętności bycia wiernym za wszelką cenę niewiele więcej potrafią.
Zszarganie wszelkich autorytetów, skłócenie narodu, gloryfikacja bylejakości, paranoiczna podejrzliwość wobec wszystkiego i otwarta wrogość wobec inności – to są rzeczy wywołane w narodzie, których naprawianie potrwa lata i będzie okupione wieloma trudami. I wszystko w dwa lata „naprawiania”. Bezkarne opluwanie wszystkich, którzy śmią mieć własne zdanie, podczas gdy ktoś nie wytrzymał i się odszczeknął, więc w kajdankach został zatrzymany. To jest styl działania cywilizowanych ludzi? To zaprzaństwo, w które wciąga nasz pracowity naród banda nieudaczników życiowych, która swoje niespełnione ideały wciskać będzie wszystkim innym na siłę. Ekipa dorwana do koryta, popierana przez garstkę ludzi, którzy uważają, że umiejętność samodzielnego myślenia jest na tyle niebezpieczna, że lepiej jej nie podejmować, lecz powtarzać w kółko raz wbite do głowy stwierdzenia, która żeruje na ciężko pracującym narodzie to chyba nie to, na co dumny naród Polski powinien sobie pozwalać. Tak, jeśli mówimy o Polsce powstałej z kolan, jeśli mówimy o dumie narodowej, to powinniśmy jak najdalej od spraw naszych, wspólnych trzymać tych oszołomów. Dumny, to ja byłem, gdy w czasie realizowania projektów międzynarodowych rozmawiałem z ludźmi z całej Europy jak równy z równym. Dumny to ja byłem, gdy Polska postrzegana była jako awangarda ruchów wolnościowych w tej części Europy. Dumny to ja byłem, gdy mówiono mi: „w ćwierć wieku zrobiliście tak ogromną pracę, aby od komuny dojść do kwitnącego, demokratycznego kraju”. A teraz co? Jaka duma? Z czego? Z tego, że wracamy do mentalności zaborowej, która każe nam nienawidzić wszystkich wokół? Z tego, że albo nas Węgry uratują przed sankcjami, albo zamiast otrzymywać pieniądze z Unii będziemy narażeni na kary? Z tego, że już jesteśmy samotną wyspą, wytykaną palcami? Bóg, honor, ojczyzna – wartości, którymi byle łachmyta wyciera sobie gębę nie rozumiejąc o czym mówi? Znów mamy być pariasem Europy, na którego wszyscy z politowaniem patrzą? Tego chcecie?
Oczywiście, ludziom bez wykształcenia, bez ogłady, nie znającym języków wszystko jedno – nawet na wycieczce do słonecznych kurortów Bułgarii, Chorwacji czy Grecji czują się nieswojo, więc zachowują jak królowie na objeździe włości, takim ludziom wyjazdy na Sokratesa nie są do szczęścia potrzebne. Okopcie się zatem proszę gdzieś w Polsce, zrzucimy się na kawał ziemi dla Was i róbcie tam arcykatolickie państwo okopane przed całym światem, wrogimi siłami, które tylko patrzą gdzie Was okraść, wynarodowić, pozbawić wiary przodków, czy czegokolwiek innego. Mnie mojego dziedzictwa kulturowego nikt nie pozbawi, bo jestem jego świadomy, dumny i pielęgnuje je w sobie sam. Jest ono silne, więc nikogo się nie boi. I nie mam problemu z łączeniem mojej Polskości, którą kocham w sobie z europejskością i poczuciem bycia obywatelem świata. Jestem otwarty na różnorodoność, bo ta otwartość daje mi poczucie, że się rozwijam, że staję się coraz lepszy i bogatszy, co z kolei wywołuje we mnie siłę, więc kółko się zamyka. Ale do zakutych łbów, które już dawno zamknęły się na rozwój to nie dotrze. Bo myślenie boli, a tak naprawdę powoduje niepokój, bo trudno ze spokojem robić coś, czego się nie umie. To taki sam niepokój, jaki można odczuwać przy maszynie, przy której człowiek stoi, choć nie umie jej obsługiwać. Boi się, że sobie krzywdę zrobi. I o ile nie miałbym o coś takiego pretensji, to jednak postawa, która polega na tym, że zamiast się nauczyć, zwłaszcza od kogoś, kto jest w tym biegły, zaczynam mieć pretensje do wszystkich wokół, że przy tej maszynie stoję – to już jest postawa dla mnie nie do usprawiedliwienia.
Czy wobec sprzeciwu czuję się kwiczącą świnią oderwaną od koryta? Nie, mimo, że jestem wnukiem resortowym. Tak, mój dziadek był majorem MO, dzięki czemu nie mieliśmy nawet swojego mieszkania, bo tata (i dziadek) bali się, że jak tylko dostaniemy przydział, to będzie się gadało, że syn majora, to i dostał. Ale mam nadzieję, że obrońcy obecnej władzy będą kwiczeli, gdy jakiś pisowski oligarcha wjedzie im w tyłek auta albo zapragnie mieć ich działkę w swoich włościach, i wówczas okaże się, że są wobec potężnej machiny państwa tyranicznego absolutnie bez szans. I choć nigdy nie myślałem, że tak się publicznie wyrażę, ale zamiast wesołych świąt życzę wam takiej właśnie sytuacji. Gdy znajdziecie się w nieodpowiednim czasie w nieodpowiednim miejscu, gdzie, mimo obecnej sympatii wobec głupoty i zaprzaństwa, zaczniecie uwierać obecnej władzy i ona wam pokaże. Może wtedy zrozumiecie o czym mówią ludzie, którzy lepiej od Was znają się na pewnych sprawach, którzy uczą się latami, by wypowiadać opinie, które z taką łatwością obrzucacie gównem; o czym mówi Europa i świat, choć wy przecież lepiej wiecie swoje. Bo gadanie o odpowiedzialności wobec przyszłych pokoleń, które będą zbierać żniwo tego cofania się w cywilizacji społecznej, jest w tym przypadku bez sensu. To zbyt trudne do zrozumienia…

Wesołych świąt zatem. Ale trudno, niestety nie wszystkim. Niech tych niektórych mimo świąt odpowiedzialność uwiera.