poniedziałek, 29 czerwca 2020

Powyborczo, ale na spokojnie



Emocje społeczne dzień po wyborach są widoczne, ale nie można powiedzieć, że jak rzadko kiedy. Raczej normalne jest, że gdy ludzie czekają na rezultat własnych wyborów, tracą cierpliwość, a emocje biorą górę. Ale na te wybory trzeba by spojrzeć bez emocji, bo doszło do takiej sytuacji, w której te emocje mogą okazać się wręcz niebezpieczne.


Mimo paskudnej pogody szedłem dzisiaj ulicą uśmiechając się do ludzi, z którymi łapałem kontakt wzrokowy i myślałem sobie o tym, jakim narodem tak naprawdę jesteśmy. Co oznaczają te wyniki, w których prawie połowę głosów zdobyła osoba dzieląca społeczeństwo, osoba, która niedługo po poprzednim wyborze dała wyraz tego, że nie rozumie roli, jaką przyszło jej odgrywać, gdy stwierdziła, że nie jest prezydentem wszystkich Polaków, bo tak się nie da. Owszem da się, gdy tylko jest się osobą otwartą, oddziela się rację stanu od własnych poglądów i wciela się w sposób właściwy w wykonywaną przez siebie rolę. Niestety ten człowiek nie dorósł do stanowiska jakie pełni i jakie prawdopodobnie (oby jednak nie) przyjdzie mu pełnić nadal. Przywołałem na myśl komentarze, jakie od rana czytam na temat cudzych wyborów, bo jakoś niewiele osób odniosło się do własnych, za to z ochotą i dramatyzmem zaczęło oceniać cudze. I zrozumiałem, że tak nie wolno.


Istotą działania, trzeba przyznać genialnego działania, partii rządzącej jest właśnie odwołanie się do ludzi przeciętnych, niewykształconych, biernych, biednych i nienajlepiej radzących sobie z rzeczywistością. Prezesowi naprawdę można zarzucić wiele, ale politycznego geniuszu z pewnością nie można mu odmówić. Gorzej tylko, że pod jego, być może nawet słuszną ideę poprawy losu tych, co nie potrafią, podpinają się kanalie polityczne, które rzeczywiście nie potrafią. W zasadzie nic. Oprócz pobierania pensji za swoją indolencję. I tutaj tkwi prawdziwy problem: krąg takich, co nie potrafią jest bardzo szeroki, bo obejmuje takich, którzy nie potrafią, bo nie mają do tego warunków, np. osobistych, bo są wykluczeni, bo przez lata pracowali a teraz nie mają nic, z uwagi na brak umiejętności walki o swoje i rozpychania się łokciami. Ale w tym gronie są również miernoty, które w pełni świadomie nie potrafią być specjalistami w żadnej dziedzinie, zatem przyjmują postawę roszczeniową a wszystkich tych, którzy nie będą im pomagać utrzymać się na powierzchni nazywają złodziejami, bandytami, gorszym sortem, kastą, etc. I to wobec takich ludzi powinna być skierowana agresja społeczna, a w zasadzie nie tyle agresja, co asertywność i konsekwencja. 


Niewiele rzeczy aż tak mnie dziwi jak to, że dumny naród, który przynajmniej deklaratywnie nie daje sobie w kaszę dmuchać, który tak wiele przeszedł w swojej historii godzi się na bylejakość praktycznie w każdej dziedzinie. Mimo, że Polacy są bardzo pracowitym, potrafiącym włożyć mnóstwo żmudnego wysiłku w ciężką robotę, narodem. Czemu zatem pozwalamy na to, żeby utrzymywać klasę próżniaczą w polityce? Czemu pozwalamy na bałagan w administracji, na to, żeby ekipy remontowe pozostawiały po sobie niedoróbki, żebyśmy każde nowe, czyste, cudnie urządzone miejsce zaśmiecili, lasy powycinali a resztkę zasypali śmieciami, na to, abyśmy byli niewolnikami we własnym kraju, bo nie trzeba mieć Bóg wie jakiego doświadczenia, aby wiedzieć, że najbardziej agresywnymi, krwiopijczymi menadżerami są Polacy. Sami na tę bylejakość pozwalamy, ale czemu?


I myślę sobie zaraz, że to właśnie dlatego, że mała w nas jest wiara w to, że potrafimy coś więcej. Że to od nas wiele zależy. Że sami możemy urządzić swój kraj. Bo niby gdzie i kiedy mieliśmy się tego nauczyć? I tutaj dochodzimy do sedna moich wypocin. Oddaliśmy dyspozycję władzy w ręce bylejakich miernot, którym pozwoliliśmy myśleć, że mają władzę. Tyle jest obrońców konstytucji, a przecież jej pierwsze artykuły mówią o tym, że Rzeczpospolita jest dobrem wspólnym, a władza należy do NARODU. A nie do partii, która akurat wygrała wybory. Tylko kto ma to ludziom uświadamiać?


Nie mamy dobrych, silnych elit. W wyniku historycznych zaszłości i niewydolności systemu mamy szczątkowe elity społeczne, które nie czują odpowiedzialności za pozostałą część narodu, za to czują zdecydowaną wyższość. I ją okazują. A tymczasem okazywanie komuś wyższości wynika tak naprawdę z własnej słabości. Jeśli wiem więcej niż inni, jeśli mam więcej doświadczenia, jeśli każda moja opinia jest dokładnie przemyślania, a nie zaczerpnięta, to tym bardziej powinienem spokojnie do niej przekonywać tych, którzy tej wiedzy, doświadczenia, umiejętności samodzielnego kojarzenia i analizowania faktów mają mniej. Prawdziwa elita czuje odpowiedzialność za resztę, a nie okazuje wyższości. Jej wyższość okazuje się sama w wiedzy, w kulturze, w zachowaniach, które powinna zaszczepiać. Człowiek, który wywyższa się nad innych, sam czuje się słaby, zdaje sobie sprawę z miałkości własnych kompetencji. Dlatego nikomu, kto czuje na sobie odpowiedzialność lepiej wykształconego, bardziej ukulturalnionego, etc. nie wolno mówić o innych, że są motłochem, niedouczoną, niewykształconą tłuszczą, bydłem, etc. Właśnie na tym polega w Polsce problem, że mamy mnóstwo niewykształconych, słabo wykwalifikowanych, nieumiejących czytać ze zrozumieniem, czy krytycznie oceniać faktów ludzi. I do nich właśnie zwraca się obecna władza dając im złudne poczucie dumy, niestety nie z bycia człowiekiem jak każdy inny, ale właśnie z bycia niewykształconym. I trafia w sedno, bo cała reszta, która to wykształcenie ma, ma dostęp do kultury tzw. wyższej, której może i nie rozumie, ale w której uczestniczy, patrzy na ów prekariat z góry. I właściwie, nawet nie powiem, że łatwo jest ludzi na siebie w takim układzie napuścić, bo tak naprawdę w ogóle prawie nic nie trzeba tutaj robić. Ludzie sami się na siebie napuszczają. Należy tylko przekuć energię potencjalną w kinetyczną, że się tak ściśle, fizycznie wyrażę. I idzie samo. I skaczemy sobie do gardeł, wyzywamy się, uwalniamy nieprzebrane pokłady agresji i chamstwa, które nie doprowadzą nas WSZYSTKICH do niczego dobrego.


A tymczasem dobrze jest pamiętać, że:


1. Ludzi słabo wykształconych jest cała masa i jest to zaszłość, z której długo nie wyjdziemy, bo choćby nasz system edukacyjny jest niewydolny, ba jest do niczego. Nie uczy życia w społeczeństwie, nie uczy współpracy, nie uczy krytycznego myślenia, nie uczy samodzielności, ale uczy bzdur, kombinowania, zabiegania wszelkimi środkami i sposobami o oceny, myślenia wedle przyjętych z góry schematów, bezrefleksyjności, zawiści. Do życia nie przygotowuje wcale.


2. Tak długo, jak Polak będzie wykorzystywał Polaka, będziemy tutaj mieli nadętych bogatych, którzy sądzą, że kupno siedemdziesięciocalowego telewizora z Netflixem i naśladowanie celebrytów, bo nas na to stać, predysponuje do bycia społeczną elitą. A z drugiej strony będą osoby ze słusznym skąd inąd przekonaniem, że ktoś nie dość, że patrzy na nich z góry, to ich wykorzystuje tylko dlatego, że nie są wykształceni, albo nie są cwaniakami. To jest zupełnie naturalne, że takie warunki rodzą agresję. A jednocześnie to obrzydliwe, gdy się gardzi tymi, z których pracy się żyje, jednocześnie wykorzystując ich jako tanią, szarą siłę roboczą.


3. Niestety profesorowie, osoby utytułowane, mające z zasady pełnić rolę autorytetów w narodzie wpisują się w ten trend: zdobywają literki przed nazwiskiem, ale żyją we własnym świecie, wzajemnie klepiąc się po plecach, bawiąc się w polityczne gierki we własnym towarzystwie, typu kto komu doktoranta uwali, podkładając sobie świnie, a przede wszystkim posługując się hermetyczną nowomową, z której nic nie wynika, nawet dla nich samych. Za to patrząc z góry i bez szacunku na tych, którzy tych literek nie mają. Ze zdumieniem obserwuję, jak pięknie wyglądają rozmaite konferencje naukowe, na których opowiada się dyrdymały, w szczególności w naukach humanistycznych i społecznych. Wszystko ubrane w terminologię, której przeciętny człowiek nie rozumie, i dobrze, bo wówczas dostrzegłby mizerię owych dokonań naukowych, autorytetów, które same siebie określiły jako uznane. Tymczasem w dyskusjach dotyczących realnych problemów pozostawiają decyzje niedouczonym pod każdym względem politykom: jakoś o sześciolatkach w szkołach, o systemie edukacji, o systemie zdrowia nie słychać donośnego wołania świata naukowego. Cóż, być może stracił on już umiejętność kontaktu z rzeczywistością faktyczną, świetnie czując się w swoim wysublimowanym naukowo świecie?


Co zatem możemy zrobić?


Przede wszystkim nie dawać satysfakcji tym, którzy bazują właśnie na tym, żebyśmy skakali sobie do gardeł. Niestety cała nasza klasa polityczna jest do wymiany, ale nie jesteśmy, póki co, w stanie jako Naród ich wymienić, bo nie ma na kogo. To z pewnością potrwa, bo nawet młodzi ludzie rozumieją, że jeśli nie są w stanie niczego się porządnie nauczyć, to kariera polityczna stoi przed nimi otworem. Za to wszyscy ci, którzy czują, że wiedzą więcej, że mają, lub mogą mieć wpływ na innych, mogliby robić po prostu swoje: tłumaczyć, gasić w zarodku agresję, przedkładać rzeczowe argumenty nad emocjonalne wybuchy. Przecież wiedzą jak to robić, bo… wiedzą więcej. Nie obrażać się na nikogo, nie obrażać innych, uczyć jak być prawdziwym obywatelem. Mam wrażenie, że nie mamy już innych środków i możliwości. Rewolucji w tym narodzie nie zrobimy, samo się nie poprawi, co widać po obecnych wynikach wyborczych. Musimy się pogodzić ze stasus quo i wziąć do roboty organicznej. Mimo, że szkoła ze swoim skostniałym systemem, z narodowowyzwoleńczą narracją, z odklejeniem od rzeczywistości wcale nam w tym nie pomaga. Ale szkoła to nie tylko system. Szkoła to też ludzie, a znam sam wielu nauczycieli, którzy mimo tej beznadziei systemu robią swoje i robią to świetnie. 





Zatem kochani, do roboty. Każdy niech robi swoje najlepiej jak potrafi. I nie bądźmy bierni, zwracajmy uwagę innym. Gdy śmiecą, gdy robią coś nie tak jak powinni, gdy nie wykonują należycie swoich obowiązków. Ale bez agresji. Spokojnie, rzeczowo, uparcie, asertywnie. Może tak doczekamy czasów, gdy „polska bylejakość” będzie tylko parą nic nieznaczących słów, związkiem frazeologicznym bez pokrycia znaczeniowego. I uśmiechajmy się do siebie. I tyle.

piątek, 3 kwietnia 2020

Wywiad ze sobą

Przyszła zatem koza do woza – rzec by można posługując się mądrością ludową. Lub też nawet nosił wilk razy kilka… Po kilku rocznikach moich studentów, których prosiłem o rozliczenie się ze sobą w wywiadach, pora na mnie. A ponieważ najtrudniejszą rzeczą, jak się okazuje, jest wymyślenie struktury takiego wywiadu i wymyślenie doń stosownych pytań, zatem zacznę od takich, które mogą wydać się sztampowe, ale otworzą coś, co mam nadzieję, popłynie samo. Zatem:
- Jak myślisz? Kim jesteś?
- No proszę, a to jest pytanie, którego każdy powinien się obawiać. Nie tylko ci, którzy nie lubią o sobie mówić, ale też ci, którzy to uwielbiają. Ci drudzy bowiem mogą nie wiedzieć, kiedy skończyć. Poza tym egzystencjaliści przecież twierdzili, że nie ma właściwiej odpowiedzi na to pytanie. Zresztą można by się zastanowić, co się tutaj powinno znaleźć. Czy opis składający się po prostu z cech? Tylko czy samemu można własne cechy opisać? Jeśli faktualne, to tak. Jestem mężczyzną, mam czterdzieści parę lat, ponad 180 centymetrów wzrostu i 90 kilo wagi. Od jakiegoś czasu, bo przedtem było znacznie więcej. Łysieję, mam wąsy i brodę, itd. Reszta niestety wchodzi w ocenę i przestaje mieć walor obiektywności. Więc pojawia się tu problem, że skoro już musimy subiektywnie, to czy powinienem robić to ja, czy ktoś inny? Myślę, że najlepiej byłoby złożyć i jedno i drugie razem, bo ja mogę opisać co we mnie siedzi. Choć nie wiem też czy słowo „mogę” nie jest tutaj też trochę na wyrost. A ktoś powinien to skonfrontować z tym, co wychodzi na zewnątrz i jest widoczne. Tylko pytanie, czy ma to sens? I czy warto temu poświęcać aż tyle energii, bo taki opis byłby samorozwijający się. A zatem bardzo długi.
- No to może tak standardowo i po mniejszej linii oporu: gdybyś miał się komuś przedstawić w tzw. żołnierskich słowach.
- No nie wiem czy to się w ogóle uda. Bo czasem sam nie wiem czy się znam. Kiedyś z pewnością od razu określiłbym siebie jako otwartego na świat i ludzi, radosnego, niepoprawnego optymistę. A teraz? Myślę, że otwarty na świat z pewnością tak. Lubię chłonąć świat. Szczególnie zmysłami, ale to przecież zawsze tylko początek poznania. Bo potem lubię analizować to, co poznałem. Jestem sensualistą, to na pewno. I jeśli jest takie słowo: gnozeofil, to nim jestem, a jeśli nie ma, to proponuję stworzyć. O, właśnie stworzyłem.
- I co to słowo dokładnie oznacza?
- Takiego, co lubi poznawać. A tak przy okazji myślę, że tworzenie własnego słownika ze słów zasłyszanych jak i własnych neologizmów z pewnością mnie charakteryzuje. Nie będę tutaj sypał przykładami z rękawa, wystarczyć musi wiara w to, że teraz mówię prawdę.
- No dobrze, oprócz danych obiektywnych, które oczywiście można rozszerzyć o piwne oczy i fakt, że jesteś koziorożcem, mamy też gnozeofila i słowotwórcę. Co jeszcze? Co z tym optymizmem? Pozostał?
- Myślę, że pozostał. Pewnie, że są chwile zwątpienia. W życiu nie może być tylko z górki. Zresztą uważam, że nie doceni dobra ani szczęścia ktoś, kto nie zna zła ani nieszczęścia. Rzecz w tym, że te chwile zwątpienia z wiekiem coraz łatwiej przychodzą. I coraz trudniej je odrzucać. Ale w ogólnym rozrachunku tak, wierzę w to, że będzie dobrze. 
- Wierzysz? Właśnie, a co z wiarą? Jesteś osobą wierzącą?
- Każdy jest osobą wierzącą, bo każdy w coś wierzy. Inaczej albo wiedzielibyśmy wszystko albo właśnie nic w ogóle. Kwestią jest tylko to, w co się wierzy. W Boga nie. Nie mam łaski wiary. Jest wiele spraw, które umieściłbym raczej przed znakiem zapytania niż na półce z napisem: wierzę. Na przykład czy jest jakiś plan, mechanizm odgórny, czy to wszystko jednak jest kwestią przypadku? Choć z drugiej strony pewne życiowe obserwacje i doświadczenia pozwalają na wyciągniecie wniosków, które można by poprzedzić słowami: wierzę, że tak jest, bo przecież pewności nie mam. 
- Na przykład?
- Hm. Na przykład pieniądze. Wierzę w to, że w moim przypadku musi być przepływ w kasie. Zawsze, gdy sam sobie przykręcam kurek, przestają przychodzić. Ale kiedy tylko wydaję, pojawiają się nowe. Oczywiście nie spadają z nieba, ale pojawia się konkretna okazja, żeby zarobić. 
- A pieniądze są ważne?
- Oczywiście! Dawno minęły czasy, gdy można było wypełniać sobie gębę frazesami o tym, że nie są istotne. Żyjemy w tak skomercjalizowanej rzeczywistości społecznej, że ich istotność jest dla mnie niepodważalna. Owszem, nie mógłbym powiedzieć, że są najważniejsze, bo są zdecydowanie ważniejsze sprawy, ale pieniądze są potrzebne. Niestety dają szczęście. Ważniejsze jest na przykład zdrowie, ale gdy go brakuje, trzeba mieć pieniądze na naprawę. I tak dalej. 
- A co jeszcze umieściłbyś na liście wartości ponad pieniędzmi?
- Miłość. Dla mnie jedyny czynnik, który potrafi zwalczyć egoizm. A egoizm to potężna i ważna rzecz. Mam w sobie pokłady zdrowego egoizmu. Ale większe jeszcze pokłady miłości. Z tym, że miłość ma sens wtedy, gdy się ją dzieli, a właściwie nią obdarza. W pełni ujawnia swoje piękno, gdy wraca. Winna być wzajemna. Nie mówię tu o miłości do samego siebie, choć ta też jest ważna. Jeśli ktoś nie kocha siebie, to trudno mu będzie pokochać kogokolwiek. Miłość bowiem to również akceptacja. W tym akceptacja wad. Jeśli nie ma akceptacji wad to trudno mówić o miłości. To raczej przywiązanie. Coś co często pojawia się w związkach nie pracujących nad miłością. A kiedy w ogóle wad się nie widzi, to jest zauroczenie. To z kolei charakterystyczne dla początków. I ważne, bo tak się właśnie miłość rodzi.
- To jak to właściwie jest? Miłość się rodzi czy wypracowuje?
- Jedno i drugie. To trochę jak z dzieckiem: rodzi się, ale potem czeka nas ciężka praca nad nim. Wychowanie, ale też akceptacja, danie wolności, nie urabianie pod nasz obraz, bo przecież każdy jest podmiotową osobowością. I ta praca powinna być ciągła, tak jak nie można wziąć wolnego od bycia rodzicem. Bo miłość jest właśnie jak wolność: nie jest dana raz na zawsze. 
- Czy masz coś jeszcze, czym chciałbyś się scharakteryzować?
- O tak, z pewnością. Takich cech jest całe mnóstwo. I zabawna rzecz, gdy teraz się nad nimi zastanawiam, próbując je skategoryzować na dobre i złe, czyli tak naprawdę na te, które w sobie lubię i te, których nie, to dochodzę do wniosku, że nie jest to możliwe. Bo moje cechy raz mnie denerwują, a innym razem nie. Przecież to są moje cechy, one mnie charakteryzują, taki jestem.
- To może jakieś przykłady takich ambiwalentnych cech?
- Oczywiście. Na przykład niecierpliwość. Bywa tak, że pozwala podjąć szybko decyzję. Ale też nie zawsze przecież dobrą. Przy czym wyznaję zasadę, że konsekwencja złej decyzji nie służy do biadolenia, roztrząsania czy żałowania, ale staje się problemem, który trzeba rozwiązać. I nauczką. Czasem jednak mnie samego denerwuje to, że zamiast poczekać, ja muszę teraz, zaraz. Zrobić, kupić, mieć, powiedzieć. Bo niecierpliwość jest cechą, która rozlewa się na wszystkie aspekty życia. Choć z drugiej strony… Potrafię też układać puzzle, choć z braku czasu ostatnich nie skończyłem. A teraz, gdy mam dwa koty, zostawianie ich niedokończonych na stole nie jest najlepszym pomysłem. Niecierpliwość łączy się z kolejną cechą, jaką jest słomiany zapał. Jestem burzą pomysłów, no oczywiście nie cały czas, ale mam takie chwile erupcji kreatywności. Budzi się wówczas we mnie człowiek renesansu. Piętnaście różnych rzeczy na raz. Czasem wydaje mi się, że ja jestem wprost stworzony do tego, żeby mieć kilku asystentów. Bo zadam temat, a oni mogliby wejść w szczegóły. To te mozolne szczegóły, ta cierpliwa robota organiczna już mnie z czasem nudzi. Choć przyznam też, że jak się już rozkręcę to potrafię długo nad czymś pracować. Muszę się wtedy jednak maksymalnie skupić, bo najmniejsza rzecz, najdyskretniejszy impuls, który mnie wytrąci z rzeczy robionej i kierujący uwagę na coś innego powoduje, że już moje myśli wędrują samopas w nowe obszary. I potrzeba kogoś, kto albo mnie przywoła do porządku, albo pomoże mi skończyć co zaczęte. Najbardziej i najlepiej to widać przy pisaniu. Jak się rozkręcę i skupię, to słowa się ze mnie po prostu wylewają. Może z tą cechą powinienem być liderem zespołu? No cóż, szkoda, że nie muzycznego, bardzo bym chciał śpiewać, ale w tej materii natura się średnio popisała. To przeskakiwanie z tematu na temat prowadzi do kolejnej cechy, która może jest cięższa do pozytywnego ocenienia, ale ją z kolei, nie wiedzieć czemu, bardzo u siebie lubię. To chaotyczność. Szczególnie właśnie w tych momentach, w których jestem kreatywny. Być może dlatego ją lubię, gdyż ta chaotyczność ma też swoją drugą, bardzo pozytywną twarz. Ja wszystko co robię, nawet gdy tego nie kończę, robię z energią. Na tak zwanego maksa. Naprawdę. Niektórzy nawet twierdzą, że przez to ciężko za mną nadążyć. A ja bym nawet powiedział, że sam za sobą nie nadążam. Dlatego czasem pisanie sprawia mi trudność, bo nie nadążam za swoimi myślami. Nie chodzi tu nawet o samą czynność pisania. Bo nawet gdybym się nagrywał, to by nie pomogło. Po prostu zanim wyrażę cokolwiek expressis verbis, to już mam mnóstwo myśli następnych. 
Poza tym z dobrych cech wymieniłbym u siebie wrażliwość, empatię, miłość do zwierząt, umiejętność autorefleksji, choć to jest akurat we mnie wyuczone i wypracowane. A ze złych upartość, pamiętliwość, apodyktyczność. Choć w zasadzie… Nie, dobrze, tak zostawmy. Aha i gadatliwość. Tak bardzo chciałbym czasem zamilknąć, a nie potrafię.
- No właśnie, ambiwalencja nie zawsze daje się utrzymać. Bo chyba masz takie rzeczy, które naprawdę lubisz?
- Tak, majonez (śmiech). Lubię czerpać z życia garściami. Jak już wspomniałem, jestem sensualistą, uwielbiam, gdy moje zmysły dostarczają mi bodźców. Nawet niekoniecznie uważanych za przyjemne. Dlatego np. lubię horrory. Lubię gotować, ale w zasadzie po to, aby karmić ludzi. Owszem, upitraszenie czegoś samo w sobie sprawia mi przyjemność, ale jak mogę to komuś podać i widzieć ten specyficzny uśmieszek zadowolenia na twarzy – to jest dopiero przyjemność. Lubię zwiedzać nowe miejsca, łazić bez celu w miejscach, których nie widziałem dotąd. Uruchamia mi się wtedy w głowie wyobraźnia, latają obrazy, przychodzą nowe pomysły, inspiracje. Mam w sobie chyba dużą potrzebę kreacji, tworzenia, nawet jeśli to dotyczy tylko mojego wewnętrznego świata. Lubię muzykę – znów, wszystko kręci się wokół zmysłów: smaki, zapachy, obrazy, dźwięki. Ale lubię też ciszę. Czasem, ale ona musi mieć coś w zamian. Na przykład cudny widok w górach, niezmącony hałasem.
- I nie męczy Cię takie ciągłe atakowanie zmysłów?
- Męczy, oczywiście, ale to satysfakcjonujące zmęczenie też lubię. Kiedy człowiek po prostu pada po wspaniałym, pełnym wrażeń dniu. I śpi jak dziecko. To cudne uczucie. Choć faktycznie trzeba mieć pewną strategię – jeśli dzień był pełen wrażeń, wypada go zakończyć jakimś wyciszeniem. Może być lampka wina, książka, byle jednokanałowo. Bo inaczej człowiek się kładzie z wielką karuzelą w głowie, a wówczas trudno jest zasnąć. No i z czasem widzę – komputer przed snem to wróg numer jeden.
- Dobrze, zajmijmy się, wobec tego tym, czego nie lubisz?
- Z biegiem czasu uzbierało się trochę w koszu na śmieci, do którego nie chciałbym zaglądać. Wciąż nie lubię golonki (znów śmiech), w ogóle tłustego mięsa. Ale tak poważnie trzeba by tutaj rozgraniczyć rzeczy, których unikam jak ognia, bo na przykład mnie paraliżują i się ich po prostu boję, od takich, których po prostu nie lubię. W pierwszej kategorii zdecydowanie umieściłbym chamstwo. To jest coś, co mnie po prostu zatyka, obezwładnia i czuję coś, czego nienawidzę, mianowicie niemoc. Nie mam pojęcia jak z nim walczyć, bo odpowiedź agresywna na agresję niczego nie załatwi. A inna odpowiedź mi po prostu nie pasuje. Dlatego w przypadku chamstwa wolę się zachować jak rak pustelnik – schować w skorupkę. Nie lubię zaś bezrefleksyjności – takiej zacietrzewionej głupoty, odpornej na wszelkie argumenty i zapleśniałej w swojej własnej racji. Nie lubię też rozmemłania, takiej degrengolady. No i nie lubię nie mieć pieniędzy. Nie chodzi o to, że lubię być bogaty – nawet nie wiem, czy to lubię, bo nigdy nie byłem, ale nie lubię uczucia, gdy muszę się martwić o podstawowe potrzeby. Zamiast kierować energię na rzeczy ważne, to zamartwiać się z czego popłacę rachunki, czy kupię rzeczy potrzebne. Jak paliwo do auta, bo chyba najstraszniejszą dla mnie rzeczą byłoby nie móc wracać do mojego ukochanego domu z pełnej wrażeń podróży. Uwielbiam dom – nie budynek, nie mieszkanie, ale wiesz, Dom, miejsce, które jest znajome, takie Twoje, w którym masz swoje zabawki i kogoś, z kim go dzielisz. Ale zamknięcie mnie w tym domu na stałe byłoby straszne. A poza tym mam lęki i koszmary jak każdy z nas. Obudzenie się w środku zamkniętej trumnie, wrzuconej do wody. Choć nie, u mnie nie wiedzieć czemu nawet nie trumna, ale szafa! Tak, być zamkniętym w szafie wrzuconej do wody. Koszmar!
- I tylko tego się boisz, czy jeszcze czegoś?
- Przede wszystkim nie lubię mówić, ani nawet myśleć o lękach. Bo raz uruchomionej myśli trudno się potem pozbyć. To jest taki mechanizm, który łatwo u mnie włączyć, ale potem on działa już samopas. Boję się wyłączenia z życia, samotności i boję się o bliskich, że coś im się stanie. To chyba nie są jakieś oryginalne strachy? Oryginalnego powodu chyba nie mam. I nie chcę dłużej o tym mówić. Cały czas, ustawicznie walczę ze sobą, aby martwić się rzeczami zastanymi a nie przyszłymi. Przyszłości nie ma (jeszcze) i nie wiadomo jaka będzie. Cóż, wychodzi różnie.
- No widzisz. Ale w ten sposób następne pytanie nasunęło się samo: co jeszcze chciałbyś w życiu zmienić?
- Powinienem teraz teatralnie westchnąć i oznajmić, że no, to jest trudne pytanie. Ale tak nie jest. Wiem z czym walczę na co dzień, wiem na czym poległem, ale jak się zaprę to do walki wrócę. Chciałbym móc na bieżąco rozprawiać się z własną prokrastynacją. Odkładanie rzeczy na później to moja osobista walka. Niestety na wielu frontach. Począwszy od tego, że talerzyk odkładam do zlewu, zamiast od razu włożyć go do zmywarki. Choć muszę przyznać, że czasem jest to prokrastynacja wymuszona. Kiedy siadam do pisania czegoś konkretnego i czuję, że to nie ten czas, że nic nie wymyślę, że muszę się zabrać za coś innego, bo przyjdzie chwila i „machnę” tekst z radością i weną – w takich przypadkach nie walczę i wiem, że to dobre. Niestety dobre, ale czasem z fatalnymi skutkami, bo przychodzi deadline i wtedy ze łzami w oczach i duszą na ramieniu, ale piszę. 
- No dobrze, nie rozgaduj się, bo z pewnością są też inne rzeczy wymagające pracy.
- O, tak, chciałbym umieć się skupić na robieniu jednej rzeczy. Nie potrafię czasem skanalizować umysłu, zbyt często i daleko myśli mi uciekają. Ale o tym już przecież mówiłem. Natomiast kończy się to tym, że robię kilka rzeczy na raz. To czasem bardzo męczące, a przeważnie bardzo wkurzające. Choć sam przebieg tego, gdy robota po prostu pali mi się w rękach nawet mnie cieszy i zadowala. Dziwne, gdy teraz o tym myślę, to wydaje mi się to jednak mniej wkurzające niż sądziłem. Bo ja przecież lubię, gdy coś się dzieje. 
Natomiast w wymiarze globalnym to chciałbym, aby ludzie się bardziej otwierali na wiedzę, w tym na wiedzę o drugim człowieku. Bo najłatwiej jest powiedzieć, że chciałoby się, aby się ludzie kochali na świecie i żeby panował pokój. Owszem, chciałbym, żeby panował pokój, bo to jest straszne, że ludzie się aż tak krzywdzą. Ale nie unikniemy krzywdzenia się w ogóle. Dlatego nie chciałbym wcale, żeby się wszyscy kochali. To bez sensu. Chciałbym, żeby wszyscy byli empatyczni i refleksyjni. Żeby uczyli się. W tym, co najważniejsze, jeden drugiego. A wtedy byśmy bardziej o siebie dbali, wtedy nie krzywdzilibyśmy się aż tak potwornie. Każdy potrafiłby po prostu pomyśleć, co czuje ten drugi, do czego w konsekwencji mogą doprowadzić jego działania? Planecie to by przecież też pomogło. 
- Nie bardzo rozumiem tej myśli, że nie chciałbyś, aby się wszyscy kochali… Mógłbyś to trochę rozwinąć?
- Owszem. Po prostu świat jest bardzo różnorodny. I my, ludzie w nim istniejący też jesteśmy różnorodni. Niektóre rzeczy nam się podobają, a inne nie. I to bardzo dobrze, bo trudno docenić piękno jednego bez odniesienia do czegoś, co nam się nie podoba. Ale podobnie jest z ludźmi. Dobrze, że w świecie są tacy, których polubić nie chcemy, bo dzięki temu skłaniamy się bardziej ku tym, z którymi nam po drodze. Tamci na pewno znajdą takich, którym podpasują. Rzecz tylko w tym, aby ludzi, których nie lubimy omijać lub z obojętnością akceptować. Trudno, tacy są i już. A nie krzywdzić.
- Da się tak?
- No pewnie, że się da. Jeśli mam pracować z kimś, kogo nie lubię i mimo starań polubić nie mogę, to po prostu robię swoje, utrzymuję kontakty profesjonalne, nawet się uśmiecham, ale nie wchodzę w bliższe relacje. Przerzucam emocje na pracę, nie na osobę. Natomiast najgorsze jest w takim wypadku nakręcanie się niechęcią do takiej osoby. Wtedy ani relacja, ani praca dobrze nie idą. A odbija się to na nas samych. Pamiętajmy, że nienawiść do kogoś zżera nas samych, a nie tę osobę, której nienawidzimy.
- Łatwo powiedzieć…
- A trudno wykonać. Owszem, wymaga to pracy, ale jest możliwe. I satysfakcjonujące. Choćby z takiego egoistycznego powodu, że możemy wówczas poczuć satysfakcję, że jesteśmy o niebo lepsi od osoby, która jest wobec nas wroga.
- A co z tą krzywdą? Dlaczego nie unikniemy krzywdzenia się?
- Bo krzywda nie zawsze od nas zależy. Zło jest wpisane w ten świat czy tego chcemy czy nie. Może to będzie dość przejaskrawiony i makabryczny przykład, ale jeśli któryś z moich rodziców zszedłby z tego świata, to z pewnością by mnie tym skrzywdził. A przecież nie mają na to większego wpływu.
- Większego? A jakiś mają?
- Oczywiście. Wszyscy powinniśmy dbać o siebie z myślą o tych, którzy nas kochają. Jak ja umrę, to nic mi po tym, bo mnie już nie będzie, ale powinienem też myśleć o tych, którzy kochają mnie. Właśnie ich swoim odejściem skrzywdzę.
- Zanim jednak umrzesz, bo przecież każdego to czeka, żyjesz. Czego chcesz od życia?
- Poczekaj, to dobre pytanie. Bo w pierwszym przypływie myśli chciałbym na nie odpowiedzieć tak, że chciałbym tych rzeczy, które sprawiają mi przyjemność, a nie chciałbym tego, co mnie denerwuje, albo czego chciałbym za wszelką cenę uniknąć. Ale pomyślałem sobie, że chyba jednak nie tędy droga. I wiesz co? Już wiem, że chciałbym, aby życie mi nie przeszkadzało po prostu. Resztę to sobie sam wypracuję. Ułożę.
- No coś Ty, przecież są rzeczy, na które nie masz wpływu.
- No tak, ale mam wpływ na to, co z nimi zrobię. Jak zareaguję, co zrobię z konsekwencjami. Pamiętaj, że konsekwencje naszych decyzji są nasze. Więc najważniejsze są właśnie te decyzje. One zależą od nas. Od nas samych. Szczęście nie spada z sufitu, pracujemy nad nim sami.
- Szczęście? A czym ono jest dla Ciebie?
- Wbrew pozorom, niczym skomplikowanym. W tym, aby je pojąć pomógł mi mój zawód. Bo wiadomo – Epikur… Szczęście dla mnie to stan, w którym jeść i pić mi się nie chce, nie zdycham z gorąca ani nie jest mi zimno, nic mnie nie boli, mogę kochać, bo mam kogo, nie martwię się o rachunki, zmieniam świat na moim lokalnym poletku i mam się zawsze czego uczyć i co poznawać. A na dodatek jak idę do lustra, to widzę uśmiech na mojej pucołowatej gębie. Lubię tę gębę, choć nie leży ona specjalnie w moim estetycznym guście.
- Czy nie uważasz, że te słowa świetnie nadają się na pointę tego wywiadu?
- Właśnie tak uważam, ale nawet nie chciałem tego sugerować. Kończymy już? Proszę! Kolejna robota czeka.
- Tak, kończymy, bardzo dziękuję.
- Bardzo proszuję (mówiłem, że jestem słowotwórcą!)

poniedziałek, 3 lutego 2020

     Chciałbym bardzo mieć tyle czasu i na tyle nierozlataną głowę, aby móc pisać nie tylko wówczas, gdy coś mnie do szału doprowadza. Niestety bywa tak, że czuję, iż ciśnienie w tej części mojego mózgu, która odpowiada za emocje, jest już tak wielkie, że muszę. 
     Nie będę tutaj pisał o sprawie nowej, ale o takiej, która niczym rak toczy nasze społeczeństwo i jest kolejnym przejawem strat społecznych, które dzięki obecnie nami rządzącym będzie trudno odrabiać przez całe lata. 
     Nie tak dawno obiegła kraj długi i szeroki sprawa bulwersująca, pewnej Pani "profesor" z dużego, państwowego uniwersytetu. Pani ta na swoich wykładach dotyczących socjologii rodziny miała opowiadać dyrdymały dotyczące poglądów uważanych w niektórych kręgach za "opisujące tradycyjny model rodziny". Muszę przyznać, że pierwszą rzeczą, która mnie tutaj od razu wewnętrznie rusza jest sformułowanie "tradycyjny model rodziny". Wiele już lat mam do czynienia z tzw. pedagogiką rodziny i międleniem w kółko tego tematu. Im więcej się o tym nasłuchałem, tym mniej byłem w stanie sobie zracjonalizować owo pojęcie. Czym jest bowiem tradycyjny model rodziny? Czy związkiem kobiety i mężczyzny, czy kobiety i mężczyzny i dzieci (ilu?), czy kobieta, mężczyzna, ich rodzice plus dzieci...? Jak ma się do tego kwestia relacji między członkami takich rodzin? A co z rodzinami: bezdzietnymi, wielodzietnymi, rozbitymi, zrekonstruowanymi? Takimi, w których jedni dziadkowie się nie przyznają, itd, itp.? Można by pomyśleć, że wywołuję kolejną czczą dyskusję akademicką. Ależ nie, jestem jak najdalszy od tego. Kłopot bowiem polega na tym, że w pewnych kręgach, uważanych za opiniotwórcze, a na dodatek takich, które swoją rolą opiniotwórczą przejęły się na tyle, iż uważają się za opiniodawcze, na dodatek monopolistyczne, używa się tego określenia jako punkt wyjścia do narzucania jedynie słusznego stylu życia. I wychodzą z tego już nawet nie jaja, ale dramaty życiowe. Wyrzuca się na margines: matki samotnie wychowujące dzieci (sama chciała, pewnie była nie do zniesienia, skoro chłop ją rzucił, a poza tym  może po prostu dziwka, że sobie zrobiła dziecko nawet nie wiadomo z kim): ojców w podobnej sytuacji, bo ojciec przejawiający uczucia w ogóle jakoś się nie mieści w ramach percepcji co poniektórych określających się mianem konserwatywnych (którego to pojęcia tak naprawdę nie rozumieją), dziadków z dziećmi, osób samotnych z wyboru albo z musu - przykładów można dać mnóstwo. Co najważniejsze, mówi się tutaj o jakichś nieokreślonych związkach kulturowo - formalnych (wypracowanych na przestrzeni dziejów, jakby nic się w uwarunkowaniach w historii nie zmieniało), a nie o rzeczywistych relacjach, które powinny być podstawą każdej rodziny. Tak, szanowni państwo, rodzina to nie jest żaden związek kobiety i mężczyzny, dwóch mężczyzn, dwóch kobiet, kogokolwiek i psa, bla, bla, bla. Rodzina to jest wspólnota, którą łączy poczucie tej wspólnoty właśnie, uczucia długofalowe przynależności, miłości, solidarności, przyzwyczajeń i tego wszystkiego, co sprawia, że rodzina, choćby miała to robić wyłącznie w sytuacjach kryzysowych, ale trzyma się razem i jest dla siebie. Jeśli zatem mówimy o rodzinie tradycyjnej, to jest nią taka rodzina, która przestrzega tradycyjnych wartości, cokolwiek miałoby to oznaczać, a nie stanowi wydłubany z nosa model kogokolwiek z kimkolwiek. Zajmijmy się wreszcie relacjami wewnątrz rodziny, bo z tym jest problem, a nie wytyczaniem kto z kim ma mieszkać, sypiać i w ogóle spędzać życie. Pomóżmy ludziom, którzy taką rodzinę chcą tworzyć, zamiast wytyczać im jakikolwiek model. Tyle charakterów ile ludzi, więc modelowanie w przypadku rodziny jest jak prostowanie linii papilarnych.
     Wracając jednak do przypadku rzeczonej Pani wykładającej. Zadałem sobie trud przyjrzenia się bliższemu sprawie, bo uważam, że w dobie tyleż atrakcyjnych, bo strasznych, co nie mających zbyt wiele wspólnego z prawdą nagłówków, jest to ważne. I cóż się okazało? Po pierwsze, że dorobek naukowy tej Pani nie jest imponujący, co świadczy już powoli tradycyjnie o kondycji polskiej nauki wziąwszy pod uwagę fakt, iż Pani jednak jest po habilitacji. Po drugie jest to dorobek faktycznie związany z jedną opcją światopoglądową, co samo w sobie nie jest absolutnie niczym złym, bo każdy ma do tego prawo. Ale już treść i sposób wykładania jest nie do zaakceptowania z punktu widzenia właśnie wolności myślenia, której idea akademickości jest podstawą, a na którą sama Pani "profesor" się w swoich wypowiedziach tak kuriozalnie, acz skrzętnie powołuje. Pomijam już fakt, że nie bardzo rozumiem co ma wspólnego rozwój płodu (o którym rozprawiała ochoczo, jak się okazuje), z socjologią rodziny, ale istnieje zasadnicza różnica pomiędzy przekazywaniem opinii (powinny być rozmaite) a ich ocenianiem. Przez dwadzieścia lat moich wykładów nie przyszłoby mi do głowy bronić jakiegokolwiek światopoglądu jako jedynego słusznego. Owszem, zdarzało mi się, że przedstawiałem swój, że dawałem argumenty za innym czy przeciwko, ale zawsze starałem się przedstawiać też odrębny punkt widzenia podając argumenty zarówno za jak i przeciw. Bo ideą wykładania jest pokazać sprawę i pobudzić do krytycznego, racjonalnego myślenia, a nie bronić swojego własnego światopoglądu. Nie na tym polega wolność wypowiedzi. Poza tym przez tyle lat nauczyłem się jednego: łatwo jest urazić ludzi, którzy siedzą, słuchają i mają nadzieję, że będę tym, który ich czegoś nauczy. I takim urażeniem zawodzę pokładane we mnie zaufanie. Wówczas z pewnością trudno mówić, że jestem dobrym wykładowcą, dobrym akademikiem, rzetelnym naukowcem. 
     O tym, co przy okazji całej sprawy wypisują media pisać nie będę, bo nie mam najmniejszego zamiaru odnosić się do bezczelnych manipulacji świadczących wyłącznie o kompletnym braku rzetelności tych, którzy z zasady mają przekazywać informację.
    Natomiast chciałbym się wypowiedzieć o wynikającym z całej sprawy merytorycznym clou, które jest tak naprawdę również zamiarem i trzonem mojej wypowiedzi. Rzeczona Pani i jej obrońcy bronią czegoś, czego nie rozumieją, atakują coś, co jeszcze mniej rozumieją i dokładają cegiełkę do powstawania przekonań, których wynikiem są z kolei zachowania krzywdzące ludzi. Kolejny nastolatek popełnił samobójstwo w Warszawie z powodu szykan związanych z nieumiejętnością odnalezienia się w panujących wzorcach kulturowych, a w zasadzie właśnie dlatego, że inny wymagali od niego w chamski sposób, aby zachowywał się tak, jak każe "tradycja" i "tradycyjny model". Ile jeszcze będzie trzeba tłumaczyć, w tym ludziom wykształconym, że skoro mówią o tradycji, to jest to pojęcie nie związane z naturą, a z kulturą, co jest właśnie znaczeniem słowa GENDER w odniesieniu do płci. Ile jeszcze musi zginąć młodych (i starszych) ludzi robiących sobie krzywdę, aby ktoś zrozumiał, że są osoby, które nie są w stanie żyć wedle narzuconego przez kogokolwiek stylu? Dlaczego niektórzy uważają, że mężczyzna musi być wielki, silny i agresywny, a kobieta wylaszczona, posłuszna i nie wykazująca oznak przesadnej mądrości (w przeciwieństwie do uległości - im większej, tym lepiej). Paradoksalnie te same osoby wyzywają na muzułmanów, że ci traktują kobiety jak niewolnice, brudasy jedne! Ja naprawdę jestem w stanie zrozumieć, że komuś się taki model podoba - jeśli ktoś chce być osiłkiem skupiającym wokół siebie uległe blondynki w kozaczkach, to niech będzie. A jeśli znajdzie blondynki, które mu będą uległe i będą miały kozaczki, to tym lepiej. Dla niego i pewnie dla blondynek. Ale niech się odpierniczy od reszty, która chce żyć po swojemu. Żyj i pozwól żyć to taka prosta zasada, a jak się okazuje tak trudna do przyswojenia przez niektórych.  
     Nie mam już czasem siły tłumaczyć, co to jest gender i na czym polega, że "chrześcijański" ojciec rodziny, głowa domu oraz zajmująca się dziećmi żona, to też jest ideologia gender. Że nie ma czegoś takiego jak ideologia LGBT, że jest to skrót od tych wszystkich, którzy chcą po prostu kochać tych, do których natura ich prowadzi i chcą być zostawieni w spokoju i mieć prawo do tego, aby żyć po swojemu nie narzucając swojego stylu innym. Że wreszcie najbardziej chrześcijański model rodziny prezentował sam twórca chrześcijaństwa, Jezus z Nazaretu, który nie miał żony, nie miał dzieci, a głosił miłość bliźniego. Tylko tyle i aż tyle!